„Pracuję z zespołem SEAL, który integruje operatorki płci żeńskiej” – kontynuuje. „Młode kobiety, po dwudziestce. Przerażająco kompetentne. I widzę, jak oficerowie patrzą na nie tak, jak ja patrzyłem na ciebie – ze sceptycyzmem, wątpliwościami, dyskretną wrogością. I za każdym razem, gdy to widzę, myślę o tym TOC. O tym, jak zbladłam, gdy powiedziałeś »Walkiria Zero«. O tym, jaka byłam głupia”.
„I?” – pytam.
„I zamykam to. Za każdym razem. Opowiadam im tę historię. Nie po to, żeby się ośmieszyć – choć tak się dzieje – ale żeby pokazać im, ile kosztują uprzedzenia. Jakie ryzyko niosą ze sobą założenia. Używam siebie jako przestrogi”.
„To dobrze” – mówię.
I mówię poważnie.
„Czy to wystarczy?”
Zastanawiam się nad tym pytaniem dokładnie.
„Kapitanie, „dość” to cel ruchomy. Nie da się cofnąć przeszłości. Nie da się szanować mnie wstecz, dziesięć lat temu. Ale można wpływać na teraźniejszość. Kształtować przyszłość. Dopilnuj, żeby następne pokolenie oficerów nie odziedziczyło twoich błędów”.
„Właśnie to próbuję zrobić.”
„Wiem. I to ma znaczenie.”
Kiwa głową, wyglądając na ulżonego. Nie rozgrzeszonego, ale uznanego za winnego.
„Jeszcze jedno” – mówi. „Ta ewakuacja w góry – ta, w której nie wiedziałem, że jesteś pilotem. Czytałem tajny raport dziesiątki razy. Studiowałem dane lotu. Rozmawiałem z ludźmi, których uratowałeś. I… Chyba nigdy ci należycie nie podziękowałem. Nie tylko za misję – za to, że zostałeś. Za to, że nie wycofałeś się, kiedy dowództwo nakazało. Za to, że ryzykowałeś życie dla moich ludzi, kiedy mnie tam nie było, żeby to zrobić”.
Jego głos lekko się łamie w ostatniej części, stare poczucie winy, którego nigdy do końca nie rozwiązało.
„Nie musisz mi dziękować” – mówię. „Na tym polega moja praca”.
„Mimo wszystko. Dziękuję.”
Kiwam głową. Akceptuję.
“Nie ma za co.”
Wstaje, znów wyciąga rękę. Tym razem uścisk dłoni wydaje się inny. Nie do końca przyjacielski. Nie do końca wybaczający.
Ale coś na kształt wzajemnego zrozumienia.
„Powodzenia, pułkowniku. Cokolwiek się wydarzy.”
„Ty też, Kapitanie.”
On odchodzi.
Kończę pakowanie.
I zdaję sobie sprawę, że zamknięcie nie zawsze jest spektakularne. Czasami to po prostu dwie osoby, dziesięć lat później, w końcu zgadzają się co do tego, co się wydarzyło i dlaczego to było ważne.
Wystarczy.
Sześć miesięcy później Kolegium Szefów Sztabów zatwierdza osiemnaście naszych rekomendacji. Nie chodzi o gruntowną reformę, na którą liczyliśmy, ale o osiemnaście realnych, wykonalnych zmian, które ukształtują politykę na następną dekadę.
Obowiązkowe, zintegrowane zadania dla oficerów terenowych. Udoskonalone kryteria oceny przywództwa. Zaktualizowane protokoły szkoleniowe kładące nacisk na skuteczność operacyjną. Rozszerzone programy mentoringowe. Lepsze gromadzenie danych na temat retencji i wydajności.
To nie wszystko.
Ale to już coś.
Jestem w swoim biurze w Pentagonie, gdy przychodzi e-mail – oficjalne powiadomienie o sukcesie zarządu i pochwała za moją rolę przywódczą. W załączniku notatka generała Kerna.
Twój głos się liczył. Twoje doświadczenie się liczyło. Dziękuję za walkę.
Przekazuję e-mail kapitan Sarah Voss – obecnie major Voss – dowodzącej zintegrowaną eskadrą myśliwców w Korei Południowej. Następnie podpułkownikowi Kirze Lton, kierującemu operacjami wywiadowczymi na Bliskim Wschodzie. Następnie starszemu sierżantowi sztabowemu Tully’emu Moreno, nadzorującemu szkolenie lotnicze w Lackland.
Temat wiadomości jest prosty: Postęp.
Bo o to właśnie chodzi.
Nie zwycięstwo. Nie dokończenie.
Postęp.
Misja trwa.
Zawsze tak jest.
Tego wieczoru jadłam kolację z mężem – cichym cywilem, który z cierpliwością i wdziękiem znosił dwie dekady wyjazdów, nieobecności i życia wojskowego – gdy nagle zadzwonił mój telefon.
Wiadomość tekstowa z nieznanego numeru.
Pułkowniku Holt, tu Mason Ror. Właśnie widziałem wiadomości o rekomendacjach JSOC. Gratulacje. Zmieniłeś politykę. Zmieniłeś poglądy. Zmieniłeś siły. To ma znaczenie.
Przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w wiadomość.
Następnie piszę krótką odpowiedź.
Dziękuję. Zmieniliśmy siły. To wymagało zaangażowania nas wszystkich.
Prawie tego nie wysyłam. Prawie usuwam „my”, bo to nie dotyczyło nas wszystkich. To kobiety toczyły ciężkie boje, podczas gdy mężczyźni powoli, niechętnie akceptowali to, co powinno być oczywiste od samego początku.
Ale potem przypominam sobie szkolenie młodego oficera SEAL, Rora. Jego pracę integracyjną. Przestrogę, którą się stał.
I pamiętam, że postęp wymaga od ludzi zmiany. Ewolucji. Stania się lepszymi, niż byli.
Wysyłam więc tę wiadomość – nie jako rozgrzeszenie. Jako potwierdzenie.
Ponieważ misja nie polega na karaniu przeszłości.
Chodzi o budowanie przyszłości.
Dziesięć lat to długi czas. Wystarczająco długi, by kariery się zmieniły. By uprzedzenia się załamały. By instytucje się rozwinęły. Wystarczająco długi, by upokorzony kapitan Marynarki Wojennej stał się głosem zmian. By zwolniony pilot Sił Powietrznych został pułkownikiem Pentagonu, kształtując politykę dla następnego pokolenia. Wystarczająco długi, by Valkyrie Zero stała się nie tylko znakiem wywoławczym, ale symbolem. Przypomnieniem. Standardem.
Nadal latam, kiedy mogę. Nadal czuję się najlepiej w kokpicie, z rękami na sterach, przy tykającym zegarze misji. Ale moje pole walki jest teraz większe – sale obrad, stoły konferencyjne i rady doradcze, gdzie decyzje podejmowane dziś kształtują szanse na dekady.
Czasem myślę o tym momencie w TOC. Śmiech Rora. Jego zwolnienie. Jego bladość, gdy powiedziałem swój znak wywoławczy.
To był mały moment w mojej długiej karierze.
Ale to miało znaczenie.
Nie z zemsty. Nie z poczucia sprawiedliwości.
Bo wymusiło rozliczenie. Wytyczyło granicę. Ustanowiło standard, który mówił: to jest niedopuszczalne.
I ta linia została utrzymana.
Dziesięć lat później kobiety latają na misjach bojowych, które byłyby nie do pomyślenia jeszcze jedno pokolenie temu. Dowodzą oddziałami SEAL. Kierują oddziałami specjalnymi. Dowodzą zintegrowanymi jednostkami, w których kompetencje liczą się bardziej niż płeć.
Nie jest idealnie. Jeszcze nie skończyliśmy. Wciąż są bitwy do stoczenia, bariery do przełamania, uprzedzenia, którym trzeba stawić czoła.
Ale wygrywamy – powoli, systematycznie, misja po misji.
A kiedy teraz prowadzę młodych oficerów – zarówno kobiety, jak i mężczyzn – opowiadam im, czego nauczyłem się na kursie przygotowawczym dziesięć lat temu.
Kompetencje mają znaczenie.
Konsekwencja ma znaczenie.
Ważne jest, żeby się pojawić.
„Nie żądajcie szacunku. Zasłużcie na niego” – mówię im. „Nie teatralnością czy konfrontacją, ale cichą, nieustępliwą doskonałością”.
„A kiedy ktoś próbuje sprowadzić cię do swoich założeń – kiedy się śmieje, kiedy bagatelizuje, kiedy minimalizuje – nie musisz krzyczeć. Nie musisz się wściekać. Wystarczy, że wstaniesz, powiesz swoje imię, swój znak wywoławczy i pozwolisz, by twoje nagranie zrobiło resztę”.
Bo prawda ostatecznie zawsze zwycięża.
A sprawiedliwość – prawdziwa sprawiedliwość – wygląda jak drzwi otwierające się przed ludźmi za tobą. Jak trzymanie sztandarów. Jak misje zakończone sukcesem, ponieważ najlepsi ludzie zajmują odpowiednie stanowiska, niezależnie od tego, kim są i jak wyglądają.
Takie jest dziedzictwo.
To jest zwycięstwo.
To jest to, co się liczy.
Nazywam się pułkownik Ardan Holt. Mój znak wywoławczy to Valkyrie Zero.
A misja trwa nadal.
Dwadzieścia lat później stoję przed 200 kadetami Sił Powietrznych w Akademii — i ledwo rozpoznaję kobietę, którą byłam, gdy ta historia się zaczyna.
Mam teraz 59 lat. Generał brygady. Jedna gwiazdka. Awans przyszedł trzy lata temu, co dało mi rangę, o jakiej nigdy nie marzyłem, kiedy byłem podporucznikiem uczącym się latać. Moje włosy są raczej srebrne niż brązowe, krótko obcięte, zgodnie z regulaminem. Zmarszczki wokół oczu są głębsze – narobiłem ich przez dekady mrużenia oczu i czytania tajnych odpraw w świetle jarzeniówek.
Pięć lat temu wycofałem się z czynnego latania – to była najtrudniejsza decyzja w moim życiu. Ale nadal marzę o wysokości i prędkości.
Audytorium jest pełne – młode twarze, w wieku od 18 do 22 lat, reprezentujące pokolenie, które nigdy nie znało wojska bez zintegrowanych ról bojowych. Dla nich kobiety latające myśliwcami nie są niczym niezwykłym. To normalne. Oczekiwane. Tak, jak zawsze powinno być.
Jestem tutaj, ponieważ kurator poprosił mnie o wystąpienie na dorocznym Sympozjum Przywództwa i Etyki. Temat: zmiany instytucjonalne i odpowiedzialność indywidualna.
Chcą, żebym opowiedział historię. Tę, która stała się legendą w pewnych kręgach – o kapitanie SEAL, który zwolnił niewłaściwego pilota.
Opowiadałem już o tym w różnych wersjach na uczelniach sztabowych, kursach dowódczych, w radach doradczych. Ale stojąc tu i patrząc na te młode twarze, zdaję sobie sprawę, że teraz ta historia znaczy coś innego.
Już nie chodzi o mnie.
Chodzi o to, co było później.
Wchodzę na podium. Sala cichnie.
„Dwadzieścia lat temu” – zaczynam – „kapitan marynarki wojennej publicznie mnie zwolnił, opierając się na założeniu dotyczącym płci i zdolności. Roześmiał się, kiedy wstałam, żeby przedstawić misję bojową. Powiedział mi, że kobiety nie latają w bitwach. Zapytał o mój znak wywoławczy, spodziewając się czegoś, z czego będzie mógł się wyśmiać”.
Zatrzymuję się. Niech to przyswoją.
„Kiedy odpowiedziałem »Walkiria Zero«, zbladł – bo nagle uświadomił sobie, że to ja jestem pilotem, który uratował jego ludzi dwa lata wcześniej. Tym, który poleciał na górską ewakuację, o której wszyscy mówili, że jest niemożliwa”.
Widzę w ich oczach rozpoznanie. Niektórzy słyszeli już tę historię. Inni słyszą ją po raz pierwszy.
„Ten moment zmienił moją karierę. Zmienił jego karierę. A w ciągu ostatnich 20 lat zmienił nasze podejście do integracji, stronniczości i skuteczności misji”.
Klikam na pierwszy slajd. To zdjęcie z 2015 roku – centrum operacji wspólnych. Ziarniste, utajnione do trzech lat temu. Widać moment, w którym wyraz twarzy Rora zmienia się z kpiny w rozpoznanie.
„Chcę ci opowiedzieć, co wydarzyło się później” – mówię – „bo historia nie kończy się na usprawiedliwieniu. Kończy się na ewolucji”.
Przez następne czterdzieści minut omawiam z nimi chronologię wydarzeń – bezpośrednie konsekwencje, relokację, zmiany w polityce. Rada doradcza JSOC dziesięć lat później, gdzie siedzieliśmy z Rorem w tym samym pokoju, profesjonalni, ale z dystansem.
A potem dochodzę do części, której większość ludzi nie zna.
„Piętnaście lat po tym incydencie” – kontynuuję – „kapitan Ror – już wtedy na emeryturze – prowadził szkolenia integracyjne dla drużyn SEAL. Stał się jednym z najskuteczniejszych głosów w wojsku w walce z uprzedzeniami operacyjnymi. Nie dlatego, że został do tego zmuszony. Ponieważ autentycznie się rozwinął”.
Klikam na inny slajd. To artykuł sprzed pięciu lat.
BYŁY OFICER SEAL OPRACOWUJE PROTOKÓŁ SZKOLENIOWY DOTYCZĄCY REDUKCJI UPRZEJMOŚCI, PRZYJĘTY PRZEZ DOWÓDZTWO OPERACJI SPECJALNYCH.
„Użył siebie jako studium przypadku” – mówię. „Opowiedział swoją historię – naszą historię – tysiącom funkcjonariuszy. Pokazał im, ile kosztują założenia. Jakie ryzyko niesie za sobą zwolnienie. Z własnej woli stał się przestrogą, bo rozumiał, że jego porażka może uchronić innych przed popełnieniem tych samych błędów”.
Kadetka podnosi rękę. Kiwam głową.
„Pani, czy kiedykolwiek mu wybaczyła?”
Zastanawiam się nad tym pytaniem. Zadawano mi je dziesiątki razy.
„Przebaczenie oznacza dług, który trzeba spłacić” – mówię. „To, co zrobił kapitan Ror, wymagało rozliczenia, a nie przebaczenia. Został pociągnięty do odpowiedzialności. Postąpił lepiej. Tak właśnie powinien działać system”.
Kolejna ręka – tym razem młody mężczyzna.
„Ale czy kiedykolwiek pogodziliście się osobiście?”
„Zostaliśmy kolegami z pracy” – odpowiadam. „Pracowaliśmy razem nad inicjatywami politycznymi. Szanowaliśmy swoje kompetencje. Ale nigdy nie byliśmy przyjaciółmi. I to jest w porządku. Nie każda historia kończy się przyjaźnią. Niektóre kończą się wzajemnym zrozumieniem i odrębnymi drogami naprzód”.
Przesuwam slajd. Pokazuje statystyki – wskaźniki retencji, wskaźniki wydajności, harmonogramy awansów kobiet na stanowiskach bojowych w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Trajektoria jest rosnąca. Nie idealna. Jeszcze nie równa.
Ale bezsprzecznie lepsze.
„Nie chodzi o indywidualne odkupienie” – mówię im. „Chodzi o postęp instytucjonalny. Ewolucja jednego oficera przyczyniła się do systemowej zmiany, która przyniosła korzyści tysiącom żołnierzy”.
Po prezentacji kadeci gromadzą się z pytaniami. Większość chce uzyskać porady zawodowe. Niektórzy chcą usłyszeć więcej szczegółów na temat wydobycia w górach. Kilku chce wiedzieć, jak radziłem sobie z wątpliwościami, dyskryminacją i ciągłą presją, by się sprawdzić.
Odpowiadam szczerze. Mówię im, że nigdy nie jest łatwo – po prostu się przyzwyczaić. Że kompetencja to twoja najlepsza obrona. Że granice liczą się tak samo jak wyniki.
Jedna z kadetek, młoda kobieta o bystrym spojrzeniu i mocnym uścisku dłoni, czeka, aż pozostali się rozejdą.
„Generale Holt, proszę pani, jestem kadetem pierwszej klasy Morgan Sharp. W przyszłym roku rozpoczynam służbę w lotnictwie”.
Ostry. Nazwa utkwiła w pamięci.
„Jakiś związek z porucznikiem Evanem Sharpem? Marynarka wojenna?”
Ona kiwa głową.
„Mój wujek. Był zastępcą kapitana Rora podczas tej misji.”
Mały świat militarny.
„Opowiedział mi o tym dniu” – kontynuuje. „Powiedział, że to był najbardziej niekomfortowy dzień, jaki kiedykolwiek przeżył w TOC. Powiedział, że wiedział, że kapitan Ror się myli, ale nie wiedział, jak interweniować, nie podważając autorytetu swojego dowódcy”.
„To typowy dylemat” – mówię.
„Powiedział, że obserwowanie, jak sobie z tym radzisz – zachowanie spokoju, profesjonalizmu, a następnie wypełnienie raportu – nauczyło go więcej o przywództwie niż cały kurs”.
Uśmiecham się lekko.
„Twój wujek został dobrym oficerem. Został dowódcą, jeśli dobrze pamiętam.”
„Tak, proszę pani. Przeszedł na emeryturę dwa lata temu. Chciał, żebym pani coś powiedział, gdybym panią kiedykolwiek spotkał.”
“Zacząć robić.”
„Powiedział, żebym podziękował – za pokazanie mu, że prawdziwe przywództwo nie polega na ochronie ego. Chodzi o ochronę misji”.
Powoli kiwam głową.
„Powiedz mu, że jest mile widziany.”
Ona się waha.
„Czy mogę zapytać cię o coś osobistego?”
„Możesz zapytać. Mogę nie odpowiedzieć.”
„Czy kiedykolwiek żałowałeś, że to się stało? Ta chwila z kapitanem Rorem. To musiało być upokarzające. Bolesne.”
Zastanawiam się nad tym pytaniem dokładnie.
„Nie” – mówię w końcu. „Bo ten moment, choć trudny, stał się katalizatorem. Wymusił niezbędne rozmowy. Zmienił politykę. Zmienił kariery. I przypomniał wszystkim, którzy to oglądali, że kompetencja nie potrzebuje pozwolenia, żeby istnieć”.
„Ale cię to kosztowało” – naciska. „Emocjonalnie. Zawodowo – przynajmniej krótkoterminowo”.
„Tak” – mówię. „Tak było. Ale niektóre koszty są warte poniesienia. I niektóre walki są warte stoczenia”.
Kiwa głową, przyswajając tę informację.
„Mam nadzieję, że będę miał tyle odwagi, co ty, jeśli spotka mnie coś podobnego.”
„Nie będziesz potrzebowała odwagi” – mówię jej. „Potrzebujesz tylko jasności umysłu. Znaj swoją wartość. Znaj swoje możliwości. A kiedy ktoś próbuje je umniejszyć, nie kłóć się. Po prostu udowodnij mu, że się myli”.
Tego wieczoru siedziałem w swoim pokoju i przeglądałem pocztę elektroniczną, gdy nagle zobaczyłem wiadomość wysłaną z adresu, którego nie widziałem od ponad dekady.
Temat: Dziękuję.
Nadawca: Mason Ror.
Prawie to usunąłem, nie czytając. Ale ciekawość zwyciężyła.
Generał Holt,
Słyszałem, że dziś w Akademii mówiłeś o zmianach instytucjonalnych. Moja siostrzenica była obecna – Morgan Sharp. Jej ojciec jest bratem mojej żony i, tak, spokrewniony z moim byłym zastępcą.
Powiedziała, że twoja prezentacja była wyjątkowa. Co ważniejsze, powiedziała, że opowiedziałeś naszą historię uczciwie i rzetelnie.
To znaczy więcej, niż potrafię wyrazić.
Wiem, że nie rozmawialiśmy od lat. Nie oczekuję odpowiedzi. Chciałem tylko, żebyś wiedział, że twoja praca – zmiany w polityce, mentoring, przywództwo – ma ogromne znaczenie.
Dziękuję za walkę. Dziękuję za wytrwałość, kiedy inni się tego po Tobie nie spodziewali. I dziękuję za to, że dajesz ludziom takim jak ja szansę na stawanie się lepszymi.
Z poważaniem,
Mason Ror
Przeczytałem to dwa razy.
Następnie piszę krótką odpowiedź.
Kapitanie Ror,
Twoja siostrzenica to imponujący młody oficer. Da sobie radę.
Praca trwa. Wszyscy mamy do odegrania rolę w jej ulepszeniu.
BG Holt
Krótkie. Profesjonalne.
PRAWDA.
Wysyłam i zamykam laptopa.
Dwadzieścia lat to wystarczająco długo, by zobaczyć pełen przebieg zmian. Wystarczająco długo, by zobaczyć, jak niemożliwe staje się rutyną. Wystarczająco długo, by zobaczyć, jak kobiety, które byłam mentorką, same stają się mentorkami.
Sarah Voss jest teraz pułkownikiem i dowodzi całym skrzydłem. Kira Lton przeszła na emeryturę w O-6 i prowadzi firmę konsultingową w dziedzinie bezpieczeństwa. Tully Moreno została pierwszą kobietą na stanowisku starszego sierżanta w eskadrze operacji specjalnych.
A w całej policji setki kobiet lata, walczy, dowodzi – nie jako wyjątki, ale zgodnie z oczekiwaniami.
Walki się nie skończyły. Nadal istnieją bariery. Nadal istnieją uprzedzenia. Nadal są chwile, w których kobiety muszą dwa razy udowodnić swoją wartość, żeby zostać zauważone.
Ale trajektoria jest jasna.
Postęp jest prawdziwy.
A kiedy wspominam ten moment w spisie treści – śmiech Rora, moją spokojną odpowiedź, ciszę, która nastąpiła – widzę to teraz inaczej.
Nie chodziło tylko o postawienie na nogi jednego stronniczego funkcjonariusza. Chodziło o stworzenie precedensu. Postawienie granicy. Pokazanie wszystkim, którzy obserwują, że zwolnienie ma swoje konsekwencje, a kompetencje mają swoją wartość.
Ta chwila rozprzestrzeniła się. Wpłynęła na politykę. Zmieniła kulturę. Ukształtowała kariery.
Nie dlatego, że byłem wyjątkowy.
Ponieważ nie zgodziłam się na bycie niewidzialną.
Dwadzieścia lat później znak wywoławczy Valkyrie Zero wciąż ma znaczenie. Nie jako mój identyfikator – jestem teraz generałem, poza znakami wywoławczymi – ale jako symbol. Przypomnienie, że na swoją pozycję zasługujemy poprzez osiągnięcia, a nie pozwolenie.
A kiedy młodzi oficerowie pytają mnie, z czego jestem najbardziej dumny, nie mówię o wydobyciu w górach, udanych misjach czy awansach. Mówię o drzwiach, które są teraz otwarte. O możliwościach, które istnieją. O kobietach latających na misjach bojowych, które nigdy nie musiały stoczyć takich bitew jak ja.
Takie jest dziedzictwo.
To jest zwycięstwo.
To jest to, co się liczy.
Jestem generał brygady Ardan Hol – były pseudonim Valkyrie Zero. Misja trwa.
I każdego dnia jest coraz łatwiej tym, którzy idą za mną.
Wystarczy.
To wszystko.
Tak to się stało — w chwili, gdy cała sala operatorów dowiedziała się, kim naprawdę jestem, i w chwili, gdy przestałem pozwalać komukolwiek decydować o mojej wartości.
Zanim odejdziesz, chciałbym usłyszeć od ciebie coś więcej.
Czy zdarzyło Ci się kiedyś, że ktoś Cię lekceważył, dopóki prawda nie wyszła na jaw? Odszedłeś, czy udowodniłeś, że się mylił? Podziel się swoimi doświadczeniami w komentarzach. Twoja historia może pomóc komuś innemu wyznaczyć własną granicę.
A jeśli to do Ciebie dotarło, koniecznie polub, zasubskrybuj i włącz powiadomienia. Już wkrótce więcej prawdziwych historii o granicach, szacunku i wywalczeniu swojego miejsca.
Kiedy ktoś na stanowisku odrzucił twoje kompetencje, w którym momencie pozwoliłeś swoim osiągnięciom przemówić spokojnie — niczym sygnałowi wywoławczemu — i jak to wpłynęło na wynik sprawy?


Yo Make również polubił
Solone kanapki z nugatem orzechowym i ciasteczkami w polewie czekoladowej
Mój mąż przyprowadził swoją kochankę do domu, żeby mnie wyrzucić – nie wiedział, że godzinę później będzie bezdomny
Tajemnica Zaginionych Ciał w Wraku Titanica
Wymieszaj 500 g jogurtu greckiego z 5 jajkami, Fantastyczne ciasto jogurtowe