„Twój ojciec uratował mnie z dość niezręcznej sytuacji” – wyjaśniłem, krótko opisując swoje porzucenie na przystanku autobusowym.
Coś w twarzy Sophii złagodniało. „To brzmi dokładnie tak, jak coś, co zrobiłby tata”. Spojrzała na ojca z mieszaniną irytacji i czułości. „Zawsze zbiera bezdomne psy”.
„Marta wcale nie jest bezdomna” – odparł Robert. „To emerytowana nauczycielka literatury, której syn potrzebuje edukacji wyrównawczej w zakresie poszanowania autonomii matki”.
Sophia roześmiała się szczerze, co odmieniło jej profesjonalne zachowanie. „No to jesteś w dobrych rękach. Tata ma zdecydowane poglądy na temat autonomii”. Spojrzała na zegarek. „Nie mogę zostać. Za trzydzieści minut posiedzenie zarządu”.
Odwróciła się do Roberta. „Będziesz jutro wieczorem na kolacji fundacyjnej?”
„Nie przegapiłbym tego” – odpowiedział Robert.
Kiedy Sophia odeszła, całując ojca w policzek, Robert lekko przechylił głowę. „Moja córka” – powiedział z udawaną intrygą – „uważa, że potrzebuję stałego nadzoru. Ta ślepota sprawia, że jest nerwowa, nawet po tylu latach”.
Przyjrzałem mu się uważnie. Coś w jego zachowaniu nie dawało mi spokoju.
„Wydaje się być miła” – powiedziałem. „Jest opiekuńcza, ale to naturalne”.
Robert z precyzją odstawił filiżankę. „A teraz, czy możemy zorganizować dla ciebie powrót do domu, zanim twój syn wyśle ekipę poszukiwawczą?”
James wiózł mnie do domu, gdy wieczorne cienie wydłużały się nad miastem. Robert nalegał, żeby mi towarzyszyć, mówiąc coś o należytym dokończeniu akcji ratunkowej. Siedzieliśmy obok siebie na luksusowym tylnym siedzeniu, na tyle blisko, że czułam subtelny zapach jego wody kolońskiej – czegoś drogiego i dyskretnego z nutą drzewa sandałowego.
„Twój syn pewnie już się martwi” – zauważył Robert, gdy skręciliśmy na moją ulicę.
Spojrzałem na zegarek i westchnąłem. „Minęły trzy godziny, odkąd mnie zostawił. Albo jest wściekły, albo wciąż się wścieka”.
W zasięgu wzroku pojawił się mój apartamentowiec – skromny, ale zadbany kompleks, w którym większość mieszkańców stanowili emeryci, tacy jak ja. W niczym nie przypominał pałacowej posiadłości, którą właśnie opuściliśmy, ale to był mój dom.
„Przed twoim budynkiem stoi zaparkowany samochód” – zauważył Robert nonszalancko. „Ciemnoniebieski sedan. Mężczyzna krąży obok.”
Zmrużyłem oczy i spojrzałem przez przednią szybę. „To Daniel”.
Potem zamarłam i spojrzałam ostro na Roberta. „Jak ty…”
Samochód się zatrzymał, a ręka Roberta bezbłędnie odnalazła moją dłoń.
„Marto” – powiedział, ignorując moje niedokończone pytanie – „czy pozwolisz mi na mały występ? Chciałbym, żeby twój syn był świadkiem twojego powrotu”.
Powoli zaczynało do niego docierać. Chciał, żeby Daniel zobaczył, jak przyjeżdżam luksusowym samochodem z szoferem i bogatym towarzyszem.
„Dokładnie” – powiedział Robert, a w jego uśmiechu kryła się nuta psoty, która nagle odmłodziła go. „Może to mała lekcja domniemań”.
Powinnam była odmówić. To było dziecinne, naprawdę – drobna zemsta. Ale przypomniał mi się lekceważący ton Daniela, sposób, w jaki odjechał, zostawiając mnie na lodzie, jego absolutna pewność, że nie dam sobie rady bez niego.
„Co miałeś na myśli?” zapytałem.
Plan Roberta był prosty. James otwierał mi drzwi z formalnym szacunkiem. Robert wychodził z moją pomocą, lekko podkreślając swoją ślepotę. Ja przedstawiałem się, a Robert wyrażał radość z poznania mojego syna – być może wspominając o naszych planach na nadchodzący tydzień.
„Nic ewidentnie fałszywego” – zapewnił mnie Robert. „Wystarczająco dużo, żeby zmusić go do ponownego rozważenia swoich założeń na temat twoich możliwości i powiązań”.
Kiedy James podjechał za samochodem Daniela, zobaczyłam, jak mój syn się odwraca. Na widok luksusowego pojazdu jego wyraz twarzy zmienił się z zaniepokojenia w konsternację. Jego oczy rozszerzyły się, gdy James wyszedł, by otworzyć mi drzwi i powiedział formalne „Pani Collins”, które wyraźnie rozbrzmiewało w wieczornym powietrzu.
Wyszedłem, świadomy, że Daniel mnie obserwuje, i odwróciłem się, by pomóc Robertowi, zgodnie z planem. Wyszedł z godnością, w ciemnych okularach na nosie, a jego dłoń znalazła moje ramię z wprawą kogoś przyzwyczajonego do poruszania się po świecie bez wzroku.
„Mamo!” Daniel pospiesznie podszedł, a na jego twarzy malowała się ulga i oszołomienie. „Dzwonię od godzin”.
„Twój telefon się rozładował” – dodałem spokojnie. „Bateria była prawie rozładowana, kiedy zostawiłeś mnie na przystanku autobusowym”.
Miał na tyle przyzwoitości, żeby wyglądać na zawstydzonego, jego wzrok błądził to do mnie, to do Roberta, wyraźnie próbując zrozumieć rozgrywającą się przed nim scenę.
„Danielu, chciałbym, żebyś poznał Roberta Wilsona” – powiedziałem z celową formalnością. „Robercie, mój synu – Danielu”.
„Z przyjemnością” – powiedział Robert, wyciągając rękę w kierunku Daniela. „Słyszałem o tobie tak wiele”.
Daniel odruchowo potrząsnął dłonią, mimo konsternacji, w jego głosie odezwały się profesjonalne instynkty. „Nie mogę powiedzieć tego samego. Mama o tobie nie wspominała”.
„Spotkaliśmy się dopiero dzisiaj” – wyjaśniłem, obserwując, jak Daniel uświadamia sobie, że widzi białą laskę i ciemne okulary. „Po tym, jak niespodziewanie znalazłem się na przystanku autobusowym bez transportu”.
Między nami wisiało w powietrzu to uczucie.
Daniel poruszył się niespokojnie.
„Pan Wilson uprzejmie zaoferował mi podwózkę do domu” – kontynuowałem płynnie – „i odkryliśmy wspólne zainteresowanie wczesną literaturą amerykańską. Zaprosił mnie na kolację fundacyjną jutro wieczorem”.
„Kolacja fundacyjna?” powtórzył Daniel.
„Fundacja Rodziny Wilsonów” – wyjaśnił Robert. „Zapewniamy finansowanie edukacji artystycznej i programów dostępności. Doświadczenie Marthy jako edukatorki oferuje cenną perspektywę”.
Obserwowałem, jak mój syn na nowo ocenia sytuację, jak jego umysł dyrektora ds. marketingu widocznie dokonuje przekalkulowań na podstawie nowych danych: samochodu, kierowcy, fundamentów, niepodważalnych oznak zamożności, które Robert nosił bez trudu.
„To wspaniale” – wydusił z siebie Daniel. „Mama zawsze pasjonowała się edukacją”.
„Rzeczywiście” – odpowiedział Robert. „Jej spostrzeżenia na temat udostępniania literatury różnym pokoleniom są szczególnie istotne w kontekście naszych obecnych inicjatyw”. Lekko odwrócił się w moją stronę. „Do jutra. James odbierze cię o szóstej. Nie mogę się doczekać”.
„Nie mogę się tego doczekać” – odpowiedziałem, odgrywając swoją rolę być może z aż nazbyt dużą przyjemnością.
Dłoń Roberta odnalazła moją, unosząc ją na chwilę do ust w staromodnym geście, który wydawał się całkowicie naturalny w jego przypadku. „Cała przyjemność po mojej stronie, Martho”.
Gdy James pomagał Robertowi wsiąść z powrotem do samochodu, Daniel stał obok mnie jak sparaliżowany, wyraźnie przetwarzając to, co widział. Elegancki samochód ruszył z cichym mruczeniem, zostawiając nas samych na chodniku.
„Mamo” – zaczął ostrożnie Daniel – „kim właściwie jest Robert Wilson?”
„Dżentelmen, który zrozumiał, że mój wiek nie definiuje moich kompetencji” – odpowiedziałem, wyjmując klucze z kieszeni i kierując się w stronę wejścia do budynku.
Daniel poszedł za nią, wciąż usiłując pogodzić nowe informacje ze swoim dotychczasowym wyobrażeniem o matce.
„Jak ty… to znaczy, kiedy…” Zająknął się. „Kiedy poznałaś bogatego, kulturalnego mężczyznę, który ceni twoje towarzystwo i twoje opinie?”
Spojrzałam na niego. „Jakieś dwadzieścia minut po tym, jak odjechałeś i zostawiłeś mnie na lodzie”.
Daniel krążył po moim mieszkaniu, podczas gdy ja nastawiałam czajnik na herbatę. O wiele prostsze niż ceremonia w rezydencji Roberta, ale pocieszające w swojej swojskości.
„Martwiłem się na śmierć” – powiedział w końcu Daniel. „Kiedy cię nie było w domu i włączyła ci się poczta głosowa, sprawdziłem w szpitalu, mamo”.
„To musiało być dla ciebie przerażające” – przyznałam, odmierzając liście herbaty do mojego ulubionego imbryka. „Prawie tak samo przerażające, jak porzucenie bez transportu i wystarczających środków finansowych”.
Skrzywił się. „Byłem zły. Nie powinienem był cię tam zostawiać”.
„Nie, nie powinieneś był” – zgodziłam się, głosem stanowczym, ale nie niemiłym. „Tak jak nie powinieneś podejmować decyzji o moim miejscu zamieszkania bez uprzedniej konsultacji ze mną”.
Daniel opadł na moją sofę i przeczesał włosy dłonią w geście tak bardzo przypominającym gest jego ojca, że moja irytacja nieco osłabła.
„Martwię się, że mieszkasz sama, mamo. Schody w tym budynku, odległość od mojej rodziny, pogarszający się artretyzm…”
„Wszystkie uzasadnione obawy” – powiedziałem, przynosząc herbatę do stolika kawowego – „moglibyśmy o nich porozmawiać jak równy z równym, zamiast wygłaszać deklaracje na temat tego, co jest dla mnie najlepsze, jak gdybym był dzieckiem. Jak w tym domu opieki dla seniorów dzisiaj”.
„Dokładnie tak” – przyznał.
Daniel przyglądał mi się znad filiżanki. „Więc… Robert Wilson. Wydawał się imponujący”.
Nie mogłem powstrzymać uśmiechu na widok tej transparentnej próby wydobycia informacji. „On jest”.
„I jutro zjesz z nim kolację?” zapytał Daniel.
„Z nim i jego radą fundacyjną” – powiedziałem. „Tak”.
Mój syn zawahał się. „Przepraszam, że zostawiłem cię na tym przystanku. To było dziecinne i okrutne”.
„Tak, to prawda” – zgodziłam się, po czym wyciągnęłam rękę, żeby poklepać go po dłoni. „Ale to doprowadziło do nieoczekiwanej przygody. Może oboje powinniśmy pamiętać, że wciąż jestem do tego zdolna”.
Po tym, jak Daniel wyszedł z wielokrotnymi przeprosinami i obietnicą omówienia – a nie dyktowania – planów na przyszłość, siedziałem sam w mieszkaniu, odtwarzając w pamięci wydarzenia tego niezwykłego dnia. Jeden szczegół wciąż nie dawał mi spokoju: komentarz Roberta na temat samochodu Daniela. Skąd niewidomy znał jego kolor albo że ktoś chodził obok?
I były też inne momenty – sposób, w jaki poruszał się po domu z nadmierną precyzją, sposób, w jaki zauważył moją obrączkę, jego idealnie wymierzone gesty. Drobne nieścisłości, które razem tworzyły wzór, którego nie potrafiłam do końca rozszyfrować.
Gdy przygotowywałam się do snu, mój naładowany telefon zadzwonił i usłyszałam SMS-a od nieznanego numeru.
Mam nadzieję, że nasz skromny występ przyniósł satysfakcjonujące rezultaty. Z niecierpliwością czekam na jutrzejszą kolację. Śpij dobrze. RW.
Wpatrywałam się w ekran, zastanawiając się, jakiego mężczyznę dzisiaj poznałam i dlaczego wizja ponownego spotkania napełniła mnie tak nieoczekiwanym oczekiwaniem.
Następny ranek spędziłem rozkojarzony, a moje myśli wciąż wracały do Roberta Wilsona i osobliwych niespójności w jego zachowaniu. Podlewając moją skromną kolekcję roślin doniczkowych, analizowałem naszą interakcję z tą samą krytyczną uwagą, z jaką kiedyś analizowałem złożone teksty literackie ze studentami.
Niewidomy mężczyzna, który zauważył niebieski samochód i postać kroczącą z jadącego pojazdu, który nalał herbatę z idealną precyzją, którego domowi brakowało oczekiwanych zmian dotykowych, który napisał do mnie SMS-a bezpośrednio, zamiast prosić o to swojego asystenta. Oczywisty wniosek wydawał się niemożliwy: Robert Wilson – bogaty filantrop – wcale nie był niewidomy.
Ale gdyby to była prawda, po co podtrzymywać tak skomplikowane oszustwo? Jakiemu celowi mogłoby ono służyć?
O południu dostarczono przesyłkę: eleganckie pudełko zawierające ręcznie napisaną, płynną czcionką notatkę.
Na dzisiejszą kolację założycielską. Pozwoliłem sobie pozwolić Sophii na wybór czegoś odpowiedniego. Jeśli nie przypadnie Ci do gustu, proszę zignoruj. —Robert
W środku znajdowała się oszałamiająca, ciemnoniebieska sukienka w dokładnie moim rozmiarze, z kaszmirowym szalem i gustowną biżuterią dopełniającą całość. To przypuszczenie powinno mnie urazić. Zamiast tego, ostrożnie powiesiłam sukienkę, aby pozbyć się zagnieceń, a moje palce zatrzymały się na luksusowej tkaninie. Minęły lata, odkąd ktoś dał mi ubranie w prezencie, a jeszcze dłużej, odkąd miałam okazję założyć coś tak eleganckiego.
Kiedy oglądałam dołączone do zestawu kolczyki z szafirami, zadzwonił mój telefon.
„Mamo”. W głosie Daniela słychać było nutę niepewności, którą rzadko słyszałam u mojego pewnego siebie syna. „Chciałem się dowiedzieć, co słychać po wczorajszym dniu”.
„Nic mi nie jest, Danielu” – zapewniłam go, rozsiadając się w fotelu do czytania. „Właściwie to przygotowuję się do wieczornego wydarzenia”.
„Jeśli o to chodzi…” Odchrząknął. „Zrobiłem research na temat Roberta Wilsona”.
Oczywiście, że tak. Daniel nigdy nie potrafił się oprzeć badaniu czegokolwiek, co nie pasowało do jego uporządkowanego światopoglądu.
„I co z tego?” – zapytałem.
„On… cóż, on nie jest po prostu bogaty, mamo. Forbes szacuje jego majątek netto na ponad trzy miliardy. Jego firma zajmująca się technologiami bezpieczeństwa zrewolucjonizowała protokoły prywatności cyfrowej, a on sam jest niemal całkowicie odizolowany od świata odkąd oślepł piętnaście lat temu”.
Powoli przyswajałem tę informację. Trzy miliardy. Liczba ta wydawała się abstrakcyjna, oderwana od uważnego mężczyzny, który uratował mnie z przystanku autobusowego.
„Dlaczego mi to mówisz?” – zapytałem w końcu.
Daniel zawahał się. „Bo to dziwne, że ktoś, kto rzadko pojawia się publicznie, nagle zainteresował się moją matką. Obawiam się, że może mieć ukryte motywy”.
Na przykład… Nie mogłem ukryć rozbawienia w głosie. „Uwieść sześćdziesięciosiedmioletnią emerytowaną nauczycielkę dla jej ogromnej fortuny w używanych książkach?”
„Mamo, proszę”. Jego ton stał się bardziej napięty. „Mówię poważnie. Mężczyźni tacy jak Wilson działają inaczej. Wszystko jest strategiczne”.
„Może jego strategia polegała po prostu na okazaniu życzliwości nieznajomemu” – zasugerowałem. „Nie wszystko ma jakiś sens, Danielu”.
Zakończywszy rozmowę zapewnieniem, że będę ostrożna, wróciłam do rozmyślań o niebieskiej sukience i tajemniczym mężczyźnie, który ją przysłał. Umysł mojego nauczyciela nie mógł pozbyć się nieścisłości – elementów układanki, które do siebie nie pasowały.
Zacząłem prowadzić własne badania, wpisując w wyszukiwarkę na tablecie „Robert Wilson, niewidomy potentat technologiczny”.
Wyniki były pouczające. Artykuły opisywały Wilsona jako samotniczego geniusza, który po utracie wzroku z powodu choroby zwyrodnieniowej nadal zdalnie kierował swoją firmą. Zdjęcia przedstawiały młodszego Roberta na branżowych wydarzeniach – zawsze nienagannie ubranego, często w towarzystwie światowych liderów i pionierów technologii.
Nowsze zdjęcia były skąpe: sporadyczne, rozmazane zdjęcia paparazzi przedstawiały go w ciemnych okularach i z laską, zawsze w towarzystwie Jamesa lub córki. Jeden z blogów finansowych spekulował na temat jego strategicznego wycofania się z życia publicznego, zauważając, jak jego osobiste odosobnienie kontrastowało z wysokim prestiżem jego firmy i aktywną obecnością jego fundacji w społeczności.
W innym artykule wspomniano o uporczywych pogłoskach, że jego stan zdrowia nie jest tak poważny, jak podawano, powołując się na anonimowych byłych pracowników, którzy twierdzili, że miał on większą kontrolę nad codziennymi operacjami, niż publicznie przyznawał.
Nic rozstrzygającego, ale wystarczająco dużo, aby zaspokoić moje rosnące podejrzenia, że ślepota Roberta Wilsona może być, przynajmniej częściowo, starannie skonstruowaną fasadą.
Późnym popołudniem przygotowywałam się do wieczoru z niezwykłą starannością. Ułożyłam srebrne włosy w bardziej eleganckiej fryzurze niż mój typowy, praktyczny bob, nałożyłam makijaż z dbałością o szczegóły, na którą nie zwracałam uwagi od lat, i wślizgnęłam się w niebieską sukienkę, która leżała na mnie jak szyta na miarę.
Patrząc w lustro, ledwo się poznawałam. Kobieta w odbiciu wydawała się pewna siebie, dystyngowana – może nawet atrakcyjna w sposób, który przestałam uważać za istotny dla mojej tożsamości.
Dokładnie o szóstej zadzwonił dzwonek do drzwi. James stał na korytarzu, tak samo formalnie i poprawnie jak poprzedniego dnia.
„Pani Collins” – powitał mnie lekkim ukłonem. „Pan Wilson przeprasza, że nie odebrał pani osobiście. Zajmuje się ostatnimi ustaleniami dotyczącymi kolacji”.
„Oczywiście” – odpowiedziałam, pakując kaszmirowy szal do małej wieczorowej torebki. „Suknia jest śliczna, swoją drogą. Proszę podziękować panu Wilsonowi za troskliwość”.
„Ma doskonałe oko do takich rzeczy” – powiedział James, po czym zamarł niemal niezauważalnie, jakby przyłapał się na błędzie. „To znaczy, ma doskonały gust i zaufanych doradców”.
Z zainteresowaniem przeczytałem ten dokument, ale nie skomentowałem go, gdy odprowadzał mnie do czekającego samochodu.
Uroczysta kolacja założycielska odbywała się w Wilson Museum of Contemporary Art, modernistycznym budynku ze szkła i kamienia na nabrzeżu miasta. Zbliżając się, zauważyłem ludzi w formalnych strojach wchodzących po szerokich schodach. Błyski fleszy od czasu do czasu rozświetlały noc, a fotografowie dokumentowali przybycie pozornie drugoplanowych celebrytów i lokalnych dygnitarzy.
„Będzie prasa” – ostrzegł James, gdy podjeżdżaliśmy do wejścia. „Pan Wilson poprosił mnie, żebym odprowadził pana bezpośrednio do środka, żeby uniknąć niepotrzebnego zainteresowania”.
Sprawność, z jaką James przeprowadził mnie przez boczne wejście i do prywatnej windy, wskazywała, że był to powszechnie przyjęty protokół.
Wyszliśmy na cichszy korytarz, gdzie Robert czekał, olśniewający w szytym na miarę smokingu, z ciemnymi okularami wymienionymi na inną parę z subtelnie przyciemnianymi szkłami. Odwrócił się na dźwięk naszego zbliżania z tym aż nazbyt idealnym wyczuciem czasu, które już wcześniej zauważyłem.
„Marto” – powitał mnie. „Przyszłaś”.
„Wątpiłeś, że to zrobię?” – zapytałam, pozwalając mu wziąć mnie za rękę.
„Ludzie często uważają mój świat za onieśmielający” – odpowiedział. „Ta sukienka leży na tobie idealnie”.
„Tak” – powiedziałem, uważnie obserwując jego twarz. „Sophia ma doskonałe oko”.
„Tak”, zgodził się gładko. „Chociaż sam wybrałem kolor. Ciemnoniebieski ma głębię, która pasuje do twojego głosu”.
„Mój głos ma barwę” – powtórzyłem.
Jego uśmiech pogłębił się, tworząc wokół ust drobne zmarszczki, których nie było widać dzień wcześniej. „Kiedy jeden zmysł jest osłabiony, inne rekompensują to w fascynujący sposób”.
„Postanowiłem przetestować pewną teorię” – dodał.
„Kolczyki są wyjątkowo piękne” – powiedziałam świadomie, nie dotykając ich ani nie wydając żadnego dźwięku, który mógłby wskazać ich lokalizację.
Bez wahania ręka Roberta powędrowała w stronę mojego prawego ucha — dokładnie tam, gdzie błyszczał szafir.
„Lepiej ci w prostej elegancji niż w ostentacji” – mruknął.
Jego palce były zaledwie kilka centymetrów od mojego ucha, na tyle blisko, że czułam ich ciepło. Staliśmy w tym niemalże dotyku przez kilka uderzeń serca, zanim James dyskretnie odchrząknął.
„Panie, goście zbierają się na przyjęcie. Pani Wilson prosiła mnie, żebym przypomniał panu o powitaniu burmistrza przed kolacją”.
Ręka Roberta opadła i chwila legła w gruzach.
„Obowiązek wzywa” – powiedział z lekkim westchnieniem. „Może razem stawimy czoła tłumom, Marto? Uważam, że te wydarzenia są bardziej znośne w miłym towarzystwie”.
Podał mi ramię z wprawą niewidomego. Ale kiedy je przyjąłem, nie mogłem pozbyć się pewności, że te przyciemniane okulary obserwują mnie z idealną ostrością.
Pytanie nie brzmiało, czy Robert Wilson widział. Teraz byłem przekonany, że widział.
Pytanie brzmiało, dlaczego udawał, że jest inaczej, i czy powinnam skonfrontować go z moimi podejrzeniami.
Na razie postanowiłem obserwować i zbierać dowody, podchodząc do zagadki Roberta Wilsona z tą samą metodyczną analizą, którą kiedyś stosowałem do szekspirowskich oszustw ze starszymi studentami. W końcu, jak im często powtarzałem, najciekawsze postacie to zawsze te, które skrywają sekrety.
Doroczna gala Fundacji Wilsona okazała się mistrzowską lekcją eleganckiej filantropii. Główna sala muzeum została przekształcona w wyrafinowaną jadalnię ze stołami ustawionymi wokół małej sceny i podium. Kryształowe żyrandole rzucały ciepłe światło na kompozycje z białych storczyków i niebieskich hortensji, które tak idealnie pasowały do mojej sukienki, że zastanawiałam się, czy to celowe połączenie.
Z Robertem pod rękę, trzymając mnie, przedzieraliśmy się przez tłum z precyzją, która wydawała się doskonale wyćwiczona. Poruszał się pewnie, od czasu do czasu dotykając mojego ramienia lub nachylając się bliżej, jakby potrzebował wskazówek, by przedrzeć się przez szczególnie gęste skupiska gości.
Zauważyłem jednak, że nigdy na nikogo nie wpadł, że zdawał się przewidywać ruchy zanim jeszcze nastąpiły, że jego twarz zwracała się w stronę zbliżających się osób na kilka sekund przed tym, zanim zaczęły mówić.
„Robercie, jak zawsze cudowne wydarzenie” – zawołała srebrnowłosa kobieta w misternej szmaragdowej sukni. „A kim jest twoja śliczna towarzyszka?”
„Elaine Harrington, przewodnicząca zarządu miejskiej orkiestry symfonicznej” – mruknął Robert, po czym podniósł głos. „Elaine, pragnę przedstawić Marthę Collins, emerytowaną profesor literatury, której spostrzeżenia na temat dostępności edukacyjnej okazały się nieocenione”.
Uścisnąłem jej dłoń, mówiąc, że Robert podniósł moje stanowisko nauczyciela w szkole średniej do rangi profesora.
„Miło mi pana poznać, profesorze Collins” – uśmiechnęła się promiennie Elaine. „Jak miło widzieć nowe twarze w otoczeniu Roberta. Stał się takim samotnikiem w ciągu ostatnich lat”.
„I słusznie” – odpowiedział gładko Robert. „Duże zgromadzenia są trudne bez wzroku”.
„Oczywiście, oczywiście” – Elaine natychmiast się wycofała. „Nie miałam na myśli…”
„Nie obraziłam się” – zapewnił ją. „A teraz, jeśli pozwolisz, burmistrz chyba macha, żebym zwrócił na niego uwagę”.
Oczywiście, że nie. Burmistrz był pogrążony w rozmowie z grupą biznesmenów przy barze, odwrócony do nas plecami.
„Burmistrz jest właściwie zajęty gdzie indziej” – zauważyłem cicho, gdy odchodziliśmy od Elaine.
Robert uśmiechnął się pod nosem. „Naprawdę? Jakie to wygodne. Darowizny Elaine na cele charytatywne są odwrotnie proporcjonalne do jej taktu konwersacyjnego”.
Zaśmiałem się wbrew sobie. „Przydatna strategia ucieczki od kontaktów towarzyskich – udawanie, że widzisz ludzi, którzy potrzebują twojej uwagi”.
Jego kroki stały się niemal niezauważalne, a ja za późno zdałem sobie sprawę z mojej słownej pułapki.
„To figura retoryczna” – powiedziałem szybko.


Yo Make również polubił
Przedstawili oni sygnały ostrzegawcze wskazujące na „czerwoną flagę” przed zdiagnozowaniem choroby
Sałatka z ananasem i serkiem śmietankowym
Kilka godzin przed moim ślubem mój brat napisał SMS-a: „Nie idź na swój ślub. Sprawdź szafę swojej żony!”. Założyłem, że to żart – dopóki go nie otworzyłem i nie osłupiałem.
Smażone krążki ziemniaczane z serem