„Nie, nie C‑130. Chcę C‑37B Gulfstream. Transportowiec VIP.”
Moje oczy się rozszerzyły.
„Panie, to niepotrzebne. Budżet…”
Machnął ręką, żeby mnie uciszyć.
„Nie obchodzi mnie budżet. Zależy mi na tym, żeby mój pułkownik dotarł na miejsce wypoczęty i gotowy do walki. I chcę pełnej eskorty żandarmerii wojskowej przy bramie”.
Odłożył słuchawkę i spojrzał na mnie. Na jego ustach pojawił się łobuzerski uśmiech.
„Mówiłeś, że musisz się ukrywać, dopóki nie wyjdziesz, prawda? Więc jedź z nimi na lotnisko. Niech grają w swoje gierki. Niech twój brat macha swoją platynową kartą kredytową”.
Otworzył szufladę biurka i wyciągnął nowy dowód osobisty. Był czarny z czerwonym holograficznym paskiem.
„Kiedy dojdziesz do bramki” – powiedział Miller, przesuwając kartę w moją stronę – „użyj tego. To uruchamia protokół priorytetu pierwszego. Upoważnia do natychmiastowego opuszczenia linii cywilnych przez personel kluczowy”.
Podniosłem kartkę. Wydawała się cięższa, niż wyglądała.
„Panie… dziękuję.”
„Nie dziękuj mi” – powiedział szorstko. „Po prostu ratuj wyspę”.
Wstałem, żeby wyjść, ściskając kartkę. Poczułem dziwne ciepło w piersi, którego nie czułem od lat.
„Rachel” – powiedział, zatrzymując mnie przy drzwiach.
Odwróciłem się.
Generał – człowiek, który rzekomo miał w żyłach lodowatą wodę – krążył wokół biurka. Stał przede mną, wysoki i groźny.
Nie podał mi ręki. Zamiast tego położył obie dłonie na moich ramionach i mocno ścisnął.
„Znam twojego ojca” – powiedział cicho Miller. „Nie osobiście, ale taki typ. Patrzy na konta bankowe, żeby ocenić wartość człowieka. Patrzy na tytuły. Jest ślepy, Rachel. Patrzy prosto na diament i nazywa go kawałkiem szkła”.
Gardło mi się ścisnęło. Ugryzłem się w wewnętrzną stronę policzka, żeby zachować spokój.
„Uratowałeś więcej istnień ludzkich w ciągu dziewiętnastu lat, niż twój brat uratuje w ciągu dziesięciu żyć” – kontynuował Miller, a jego głos był surowy i niski. „Nie potrzebujesz ich pozwolenia, żeby być wielkim. Nie potrzebujesz ich oklasków. Ameryka jest z ciebie dumna, pułkowniku. I ja jestem z ciebie dumny. A teraz wyprostuj się. To rozkaz”.
Pojedyncza łza spłynęła mi z oka, rysując gorącą linię na policzku. Szybko ją otarłam, ale Miller nie odwrócił wzroku. Nie oceniał. Po prostu trzymał mnie za ramiona jeszcze przez chwilę, jakby przekazywał mi część swojej siły.
„Tak, proszę pana” – udało mi się odpowiedzieć.
„Rozejść się” – powiedział, cofając się i wracając do swojej szorstkiej postawy. „Wynoś się stąd i przynieś mi trochę orzechów makadamia”.
Wyszedłem z biura, zamykając za sobą ciężkie drzwi.
Korytarz był pusty. Wziąłem głęboki oddech, wypełniając płuca znajomym zapachem Pentagonu.
Ameryka jest z ciebie dumna.
Mój ojciec nigdy nie wypowiedział tych słów — ani razu.
Dotknąłem kieszeni munduru, w której leżał czarny dowód osobisty.
Mój brat miał bilet na środkowe miejsce, które na mnie czekało.
Generał Miller miał odrzutowiec wart czterdzieści milionów dolarów.
Wyprostowałem plecy. Poprawiłem kołnierzyk.
Niech Garrett ma swoją chwilę przy stanowisku odprawy. Niech moja matka cicho komentuje moje ubrania i pracę. To już nie miało znaczenia.
Nie pojechałem na Hawaje, bo to było ich rozczarowanie.
Miałem jechać jako pułkownik.
I niech Bóg ma w opiece każdego, kto spróbuje stanąć mi na drodze.
Część 3
Czarny Cadillac Escalade stał na biegu jałowym na podjeździe domu moich rodziców niczym karawan czekający na procesję, jego silnik mruczał głębokim, donośnym pomrukiem.
Oczywiście, to była usługa wynajmu samochodu. Garrett nie jeździł sam na lotnisko. Lubił „optymalizować” czas podróży, odpowiadając na e-maile z tylnego siedzenia.
Stałam przy kufrze, gapiąc się na górę bagaży. Były tam cztery ogromne kufry parowe Louis Vuitton – twarde, z monogramem, który krzyczał: „Mam więcej pieniędzy niż gustu”.
„Uważaj z tym, Rachel!” zawołała Blanca z ganku. Sprawdzała makijaż w lusterku, mając na sobie za duże okulary przeciwsłoneczne, które pewnie kosztowały więcej niż mój pierwszy samochód. „Skóra łatwo się rysuje. Podnoś kolanami, a nie plecami”.
Zacisnąłem zęby i podniosłem pierwszy kufer. Ważył co najmniej pięćdziesiąt funtów.
Moje bicepsy były napięte, mięśnie twarde i widoczne pod tanią kurtką, ale zachowałem kamienną twarz.
Garrett stał przy drzwiach kierowcy, gawędząc z szoferem. Nie pomagał. Poprawiał zapięcie swojego Rolexa, ustawiając go pod kątem, żeby kierowca nie mógł go przegapić.
„Tak, jedziemy na Maui na tydzień” – powiedział głośno Garrett. „Potrzebowaliśmy przerwy od harówki. Wiecie, jak to jest w Dolinie. Wypalenie jest realne”.
Zatrzasnąłem bagażnik, wrzucając do środka ostatnią torbę.
Pot szczypał mnie w czoło. Bolał mnie dolny odcinek pleców, wspomnienie nieudanego lądowania dwa lata temu, ale zignorowałem to.
„Wszystko gotowe?” – zapytał Garrett, zerkając na mnie, ale tak naprawdę mnie nie widząc. „Świetnie. Wskakuj.”
Ustawienie miejsc siedzących było mistrzowską formą upokorzenia.
Garrett i Blanca zajęli środkowe fotele kapitańskie – miękkie, skórzane fotele z funkcją rozkładania i indywidualną klimatyzacją. Mama i tata zajęli tylną kanapę, rozprostowując nogi. Dwoje dzieci Garretta, Leo i Sophie, zajęło trzeci rząd, otaczając się poduszkami i iPadami.
Zostałem ja.
„Wciśnij się z tyłu z torbami, Ra” – powiedział Garrett, machając niejasno ręką w stronę bagażnika. „Tam z tyłu jest składany fotel. Można go złożyć. Jesteś niski. Zmieścisz się”.
Przeskoczyłem przez tylny zderzak, wciskając się w wąską przestrzeń między stertą kufrów Louis Vuitton a tylną szybą. Kolana miałem przyciśnięte do klatki piersiowej. Twardy róg walizki wbijał mi się w żebra.
Jechałem już w niehermetyzowanych samolotach C‑130, na paletach z amunicją, co było wygodniejsze od tego miejsca.
Kierowca wjechał na autostradę i niemal natychmiast wpadliśmy w legendarny ruch Los Angeles. I‑405 zamieniła się w parking pełen migoczącego żaru i spalin. Światła stopu ciągnęły się jak okiem sięgnąć.
„Uff, korki” – jęknęła Blanca, odchylając fotel tak daleko do tyłu, że o mało co nie zmiażdżył kolan taty. „Garrett, pobrałeś dla dzieci nowy sezon Bluey?”
„Tak, są dobre” – powiedział Garrett, stukając w telefon.
From the row in front of me, the noise began. Leo and Sophie had their iPads at maximum volume. Cartoon explosions and high‑pitched voices filled the cabin.
Then came the candy.
Thwack.
A half‑chewed Skittle hit me in the forehead. I wiped it off, staring at the sticky red sugar on my finger.
Sophie giggled, peeking over the headrest. She threw a wrapper next. It landed in my lap.
“Kids, settle down,” Garrett said, but he didn’t look up from his phone. His tone was indulgent, like he was talking to puppies, not kids throwing things at their aunt.
My stomach growled loud enough to be heard over the engine. I hadn’t eaten since the turkey disaster the day before.
“Oh, that reminds me,” Garrett said, reaching into a brown paper bag at his feet.
The rich, nutty aroma of Starbucks coffee filled the car, overpowering the smell of leather and stale air.
My mouth watered instantly.
“Dad, here’s your cappuccino. Extra foam,” Garrett said, passing a cup back. “Mom, chai tea latte. Blanca, venti soy latte, no foam, two pumps of vanilla. Kids, here are your hot chocolates.”
He passed the cups back one by one. I watched the steam rising from the white lids. I waited.
Garrett took a sip of his own nitro cold brew and set the bag down.
It was empty.
“Oh,” he said, glancing in the rearview mirror, meeting my eyes for a split second. “Oops. I totally forgot to ask what you wanted, Ra.”
He didn’t look sorry. He looked bored.
“It’s fine,” I lied. My voice came out rough.
“Well, I honestly assumed you ate breakfast at home,” he continued, shrugging. “And besides, those fancy drinks are full of sugar. You’re better off without them. I think there’s a bottle of water in the side door pocket if you’re thirsty. It might be warm, though.”
I looked at the door pocket.
There was a half‑empty plastic bottle of water, the label peeling off. It looked like trash left by a previous passenger.
“Thanks, Garrett,” I said dryly. “Hydration is key.”
“Exactly,” he said, turning back to Blanca. “See? She prefers water. It’s a budget thing. When you don’t have money, you learn to appreciate the free stuff.”
I clenched my jaw so hard my teeth ached. I turned my head to look out the rear window.
We were crawling past the Sepulveda Pass. Thousands of cars, thousands of people going about their lives. None of them knew that the woman crammed into the back of this Escalade, being pelted with candy wrappers, carried a clearance code that could ground every single flight at LAX.
We finally pulled up to the curb at Tom Bradley International Terminal.


Yo Make również polubił
Mój mąż odwołał moją urodzinową kolację, żeby jego znajomi mogli obejrzeć mecz u nas w domu – żałował tego
Odkryj sprytny sekret odblokowania koszyka zakupowego bez użycia monet
6 produktów, które niepostrzeżenie wypłukują wapń z organizmu
Ten dywanik u stóp hotelowego łóżka… zastanawiałeś się kiedyś, do czego służy?