Mój kuzyn wynajął prywatną ekipę, żeby mnie eksmitować. „Wynieście ją stamtąd” – rozkazał. „Nie obchodzi mnie, jak to zrobicie”. Dowódca pchnął moje drzwi, a potem zamarł. Zobaczył naszywkę z orłem na mojej piersi i zbladł. Krzyknął do swojej ekipy: „Kod czerwony! To duch!”. „Nie przyjmujemy takich prac” – Page 5 – Pzepisy
Reklama
Reklama
Reklama

Mój kuzyn wynajął prywatną ekipę, żeby mnie eksmitować. „Wynieście ją stamtąd” – rozkazał. „Nie obchodzi mnie, jak to zrobicie”. Dowódca pchnął moje drzwi, a potem zamarł. Zobaczył naszywkę z orłem na mojej piersi i zbladł. Krzyknął do swojej ekipy: „Kod czerwony! To duch!”. „Nie przyjmujemy takich prac”

 

Następny etap: kontrola środowiska.

Zszedłem po skrzypiących drewnianych schodach do piwnicy. Powietrze było tu stęchłe, pachniało wilgotną ziemią i starą tekturą. Skrzynka bezpieczników była zamontowana na przeciwległej ścianie – szary, metalowy strażnik brzęczący od prądu.

Spojrzałem na nią. To pudełko było sercem chaty. Zasilało lodówkę, grzejnik i lampy, dzięki którym to miejsce przypominało dom.

Julian i jego ludzie spodziewali się ciepłego, oświetlonego domu. Spodziewali się, że zajrzą przez okna i zobaczą mnie skulonego w kącie.

Sięgnąłem w górę i chwyciłem główny wyłącznik.

„Gaście światło” – wyszeptałem.

Szarpnąłem dźwignię w dół.

Głuchy odgłos.

Buczenie natychmiast ucichło. Sprężarka lodówki zadrżała i zatrzymała się. Lampka kontrolna w podgrzewaczu wody zgasła.

Kabina nade mną pogrążyła się w absolutnej, duszącej ciemności.

Teraz miałem przewagę.

Wspiąłem się z powrotem po schodach, kierując się pamięcią. Nie potrzebowałem światła. Znałem każdy sęk w drewnie, każdy luźny gwóźdź, każdą skrzypiącą deskę. Ten dom był w mojej krwi.

Wróciłem do salonu i sięgnąłem do walizki Pelicana. Wyciągnąłem z niej ostatni element wyposażenia: panoramiczne gogle noktowizyjne L3Harris GPNVG‑18.

To nie były tanie, zielonkawe monokulary, jakie można kupić w sklepie z używanymi rzeczami. To były poczwórne tubusy, dające mi pole widzenia dziewięćdziesięciu siedmiu stopni. Zamieniały one ciemny jak smoła pokój w czyste, białe, fosforyzujące światło dzienne.

Założyłem je i opuściłem. Cichy elektroniczny pisk wypełnił moje uszy, gdy tuby się naładowały.

W pokoju zrobiło się jaśniej. Widziałem drobinki kurzu tańczące w powietrzu. Widziałem słoje drewna na stole.

Dla Vipera i jego ludzi, którzy stali na zewnątrz, chata była czarną pustką, przerażającą paszczą czekającą, by ich pochłonąć.

Dla mnie była to jasno oświetlona scena.

Chwyciłem swój MP7 i podszedłem do fotela naprzeciwko drzwi wejściowych — drzwi, które już zdążyłem otworzyć, a teraz wisiały na jednym zawiasie, lekko kołysząc się na wietrze.

W terminologii taktycznej to miejsce nazywa się lejem śmierci. To stożek śmierci, w którym kule naturalnie zbiegają się po wejściu do pomieszczenia. Zwykle unika się siedzenia w tym miejscu, ale dziś wieczorem chciałem być widoczny. Chciałem być pierwszą rzeczą, którą zobaczą, gdy włączą latarki.

Usiadłem. Założyłem nogę na nogę. Położyłem pistolet maszynowy z tłumikiem na kolanach. Palec wskazywał na komorę zamkową, a nie na spust.

Spojrzałem na zegarek.

Pozostało dwadzieścia osiem minut do przybycia QRF.

Najemnicy przybyli wcześnie.

Siedziałem w ciszy, a moje myśli powędrowały wstecz – nie do wojny, ale do kolacji wigilijnej sprzed pięciu lat.

Pamiętam, że siedziałam przy stole dla dzieci, mimo że miałam trzydzieści trzy lata, bo przy głównym stole nie było wystarczająco dużo miejsca dla osób, które nie były partnerami.

Mój ojciec przechodził obok, trzymając w ręku szkocką, i spojrzał na mój mundur wiszący na wieszaku.

„Wiesz, Dana” – powiedział, a jego głos lekko bełkotał – „Julian właśnie sfinalizował kontrakt wart czterdzieści milionów dolarów. Buduje wieżowce. Buduje dziedzictwo. A co ty budujesz? Po prostu naprawiasz rzeczy, które inni psują. Co tak naprawdę zarobiłeś w życiu poza bólem pleców i zespołem stresu pourazowego?”

Wtedy mu nie odpowiedziałam. Wpatrywałam się tylko w puree ziemniaczane, czując, jak wstyd pali mi policzki.

Co zarobiłem?

Rozejrzałem się po ciemnej kabinie, patrząc na nią przez zaawansowaną technologicznie soczewkę gogli.

Zdobyłem umiejętność zwalniania tętna do czterdziestu pięciu uderzeń na minutę, gdy poluje na mnie dwunastu ludzi. Zdobyłem wiedzę, jak zamienić słoik mąki i flarę drogową w broń masowej dezorientacji. Zdobyłem umiejętność siedzenia w ciemności i nie bania się potworów – bo wiem, że jestem tym, co wydaje dźwięki w nocy.

Julian kupił swoją władzę. Odziedziczył bezpieczeństwo. Ale bezpieczeństwo to iluzja. Kiedy gasną światła, kiedy policja nie przyjeżdża, kiedy prawa cywilizacji się łamią, majątek netto nic nie znaczy. Jedyną walutą, która się liczy, jest przetrwanie.

A w tej sytuacji gospodarczej jestem najbogatszą kobietą na świecie.

Schrupać.

Dźwięk był delikatny, ledwo słyszalny przez wiatr, ale elektroniczny wzmacniacz w moim zestawie słuchawkowym natychmiast go wychwycił. Śnieg gniotący się pod ciężkim butem.

Chrup. Chrup.

Byli na ganku.

Nie ruszyłem się. Nie oddychałem. Obserwowałem sygnatury cieplne przez otwarte drzwi. Dwóch mężczyzn, potem czterech. Stali po obu stronach furtki, poruszając się z wyćwiczoną dyscypliną. Trzymali karabiny uniesione, lasery przecinały wirujący śnieg.

Widziałem sygnał ręką Vipera.

Naruszenie.

Jeden z mężczyzn wyciągnął rękę i otworzył rozbite drzwi na oścież. Zatrzeszczały głośno – dźwięk przypominający otwieranie się wieka trumny.

Promień oślepiającego, białego światła z latarki zamontowanej na karabinie przeszył pokój, omiatając go z lewej, potem z prawej. Oświetlił kurz, gruz, pusty kominek – a potem snop uderzył mnie.

Siedziałem na krześle, a cztery soczewki moich gogli noktowizyjnych wyglądały jak oczy gigantycznego pająka, słabo świecąc.

Nie drgnąłem. Nie uniosłem broni. Po prostu siedziałem tam, w ich świetle, wyglądając jak demon czekający na tronie cieni.

Prowadzący zamarł. Światło zachwiało się.

„Kontakt z przodu” – wyszeptał, a jego głos lekko drżał. „Salon. Osoba na krześle”.

„Zrób zdjęcie” – syknął głos Vipera w ich słuchawkach, wystarczająco głośno, by mój wyostrzony słuch mógł go wychwycić.

Ale nie strzelali. Bo gdzieś głęboko w jaszczurczej części ich mózgu wiedzieli: nie wchodzi się do ciemnego pokoju i nie widzi kobiety siedzącej spokojnie na krześle, chyba że już wygrała.

Uśmiechnąłem się pod goglami.

„Chłopaki, przynieśliście nakaz eksmisji?” – zapytałem cicho.

A potem ruchem kciuka pociągnąłem za żyłkę przyklejoną taśmą do podłokietnika krzesła.

Trzask.

Pułapka przy drzwiach zapłonęła.

Odwrót nie przebiegał w sposób uporządkowany. Z wojskowego punktu widzenia był to pogrom.

Stojąc na końcu żwirowej drogi, Julian Roman obserwował przez przednią szybę swojego Porsche, jak zespół taktyczny, za który zapłacił pięćdziesiąt tysięcy dolarów, wyłania się z zadymionego lasu.

Nie poruszali się z precyzją, którą pokazali dziesięć minut temu. Pędzili sprintem, ślizgając się na lodzie, oglądając się przez ramię, jakby sam diabeł deptał im po piętach.

Julian zmarszczył brwi, opuszczając iPada. Transmisja z drona urwała się kilka minut temu, przez co stracił wzrok. Spodziewał się jednak, że zobaczy Danę wywlekaną w kajdankach albo przynajmniej płaczącą na ganku.

Zamiast tego zobaczył swoich elitarnych najemników wyglądających jak przerażone dzieci.

„Co do cholery się dzieje?” mruknął, otwierając drzwi Porsche.

Mroźny wiatr uderzył go natychmiast, przeszywając jego włoski wełniany garnitur. Ale jego gniew był silniejszy niż chłód.

Wyszedł na śnieg, a jego drogie mokasyny zapadły się w błoto pośniegowe.

Viper, dowódca zespołu, dotarł pierwszy na dół wzgórza. Dyszał, twarz miał umazaną sadzą, a oczy szeroko otwarte i dzikie. Brakowało mu hełmu. Biegnąc, zrywał kamizelkę taktyczną, jakby sam sprzęt go palił.

„Stój!” krzyknął Julian, stając przed uciekającym mężczyzną. „Dokąd ty się wybierasz? Wracaj tam!”

Viper się nie zatrzymał. Próbował przecisnąć się obok Juliana, kierując się w stronę czarnych SUV-ów zaparkowanych za Porsche.

Julian go złapał. To był arogancki ruch człowieka, który nigdy w życiu nie doświadczył fizycznej konfrontacji. Złapał mężczyznę, który zarabiał na życie zabijaniem, za klapę marynarki.

„Mówię do ciebie!” – krzyknął Julian, uderzając Vipera w twarz. Dźwięk był ostry, niczym mokry trzask w ciszy nocy. „Ty niekompetentny idioto! Zapłaciłem ci za posprzątanie domu. Wracaj tam i wyciągnij tę sukę!”

Ten policzek był błędem.

Viper się nie skulił. Nie przeprosił. Warknął.

Strach, który w nim zaszczepiłem, natychmiast przerodził się w furię. Złapał Juliana za gardło, uniósł go w powietrze i rzucił nim do tyłu na maskę Porsche Cayenne.

Schrupać.

Metal wygiął się pod wpływem uderzenia.

Julian sapnął, powietrze uleciało mu z płuc. Spojrzał w twarz Vipera i zobaczył coś, czego nigdy wcześniej nie widział: nieskażoną panikę.

„Nie powiedziałeś mi!” wrzasnął Viper, plując Julianowi w twarz. „Nie powiedziałeś mi, kim ona jest!”

„Ona… ona jest mechanikiem” – wycharczał Julian, drapiąc dłoń Vipera. „Ona jest nikim. Nikogo!”

Viper ponownie uderzył głową Juliana w kaptur. Z nosa Juliana zaczęła cieknąć krew, plamiąc jego białą koszulę.

„Ona jest z JSOC, idioto! Jest w pierwszej lidze. Widziałem łatę. Widziałem, jak się poruszała. Zorganizowała ten dom jak kryjówkę w Falludży!”

Julian zamrugał oczami. Nie rozumiał akronimów. Nie wiedział, co oznacza „Tier 1”. Wiedział tylko, że jego pracownik go atakuje.

„Pozwę cię” – wykrztusił Julian. „Zrujnuję cię”.

„Nie będziesz miał czasu, żeby kogokolwiek pozwać” – ryknął Viper, puszczając Juliana i cofając się, jakby Julian był radioaktywny. „Czy ty w ogóle rozumiesz, co właśnie zrobiłeś? Właśnie zleciłeś atak na cenny aktyw federalny. To nie pozew, Julian. To zdrada stanu. To tajne więzienie do końca życia”.

Viper zwrócił się do swoich ludzi, którzy pakowali się do SUV-ów i rzucali broń na tylne siedzenia.

„Ruszaj się, ruszaj się, ruszaj się!” – wrzasnął Viper. „Zostaw sprzęt. Po prostu jedź. Musimy być poza stanem, zanim ona podejmie decyzję”.

„Ale ja ci zapłaciłem!” wrzasnął Julian, zsuwając się z maski swojego rozbitego samochodu, krew kapała na śnieg. „Nie możesz mnie tu zostawić!”

„Radź sobie sam, bogaty chłopcze” – warknął Viper.

Wskoczył do czołowego SUV-a.

„Módl się, żeby cię nie zabiła.”

Silniki ryknęły. Opony zawirowały na lodzie, rozrzucając żwir i błoto pośniegowe na kombinezon Juliana. W ciągu kilku sekund tylne światła konwoju najemników zniknęły za zakrętem górskiej drogi, pozostawiając Juliana samego w ciszy.

Stał tam, drżąc z zimna, ocierając krew z nosa jedwabną chusteczką. Serce waliło mu jak młotem.

Spojrzał w górę na chatę. Było ciemno i cicho.

„Tchórze” – wyszeptał Julian drżącym głosem. „Bezużyteczni tchórze. Sam to zrobię”.

Sięgnął do kieszeni kurtki i wyciągnął rewolwer .38 Special z krótką lufą. Kupił go lata temu dla bezpieczeństwa i nigdy z niego nie strzelał. W dłoni wydawał się ciężki i zimny.

Odwrócił się w stronę chaty.

„Dana!” krzyknął, a jego głos odbił się echem od ścian doliny. „Myślisz, że wygrałaś? Myślisz, że mnie przestraszysz?”

Drzwi wejściowe do kabiny się otworzyły. Nie eksplodowały. Nie zostały wyważone. Po prostu otworzyły się powoli i rozważnie.

Wyszedłem na werandę.

Nie miałem na sobie kamizelki kuloodpornej. Nie trzymałem karabinu maszynowego. Miałem na sobie flanelową koszulę, dżinsy i buty robocze. W dłoni trzymałem parujący kubek herbaty.

Wyglądałam, jakbym właśnie wyszła zaczerpnąć świeżego powietrza, a nie jak kobieta, która w pojedynkę rozgromiła dwunastoosobowy oddział paramilitarny.

Podszedłem do krawędzi balustrady ganku i oparłem się o nią, patrząc na niego z góry. Byłem pięćdziesiąt metrów od niego, ale w rześkim górskim powietrzu czułem się, jakbym był tuż obok.

„Krwawisz, Julian” – powiedziałem. Mój głos nie był głośny, ale niósł się idealnie. Był spokojny. Przerażająco spokojny.

„Zamknij się!” Julian machał dziko bronią. „Zejdź z mojej posesji. To moja ziemia. Mam akt własności. Mam prawników!”

Wziąłem łyk herbaty. Nawet nie spojrzałem na pistolet.

„To nie twoja ziemia, Julian. Nigdy nią nie była. A ci prawnicy? Teraz ci nie pomogą.”

„Pozwę cię o wszystko!” – krzyknął Julian, a jego opanowanie całkowicie się załamało. Płakał, a łzy wściekłości i upokorzenia mieszały się z krwią na jego twarzy. „Pozwę cię o napaść. Pozwę cię za użycie nielegalnej broni wojskowej. Jesteś przestępcą. Jesteś psychopatą!”

„Nie użyłem żadnej broni przeciwko twoim ludziom, Julian” – powiedziałem cicho. „Użyłem fajerwerków i mąki. Uciekli, bo wiedzieli, co mogłem wykorzystać ”.

„Kłamiesz!” Julian zrobił krok w górę wzgórza, unosząc broń. „Zakończę to. Jestem głową tej rodziny. Ja mówię, co się stanie!”

Odstawiłem kubek z herbatą na poręcz. Spojrzałem na niego z mieszaniną litości i znudzenia.

„Julian, odłóż broń.”

„Zmuś mnie.”

„Nie muszę” – powiedziałem. Uniosłem rękę i wskazałem jednym palcem w niebo. „Zrobią to”.

„Kto?” – Julian prychnął szyderczo. „Szeryf? Ja go mam”.

„Nie szeryf” – powiedziałem. „Słuchaj”.

Julian zamarł.

Na początku było to tylko wibrowanie w klatce piersiowej — głębokie, rytmiczne dudnienie, które zdawało się dochodzić z samego powietrza.

Trzp‑trzp.

Stawało się coraz głośniejsze.

Śnieg wokół Juliana zaczął wirować, smagany nagłym, gwałtownym wiatrem wiejącym z góry. Drzewa uginały się i jęczały. Dźwięk stał się ogłuszający, mechaniczny ryk, który zagłuszał krzyki Juliana.

Spojrzał w górę.

Zza grzbietu góry wyłoniły się dwa ciemne kształty. Były to masywne, czarne, drapieżne ptaki – Sikorsky UH‑60 Blackhawks. Nie miały cywilnych numerów rejestracyjnych. Miały ciemne, matowe wykończenie Armii Stanów Zjednoczonych.

A potem, o północy, wzeszło słońce.

Trzask.

Reflektor z prowadzącego śmigłowca uderzył w Juliana. Był oślepiająco jasny – miliony świec skupiły się na jednym mężczyźnie w zniszczonym włoskim garniturze, trzymającym tani pistolet.

„Rzuć broń” – rozległ się głos z głośnika, który wstrząsnął ziemią. „Rzuć broń i połóż się natychmiast”.

Julian upuścił pistolet, jakby był rozpalony do czerwoności. Upadł na kolana, zasłaniając oczy i chowając się w śniegu.

Stałem na ganku, skąpany w peryferyjnym blasku reflektora. Wiatr z wirników rozwiewał mi włosy do tyłu, ale się nie ruszyłem. Znów sięgnąłem po kubek z herbatą.

Spojrzałam na mojego kuzyna, który teraz leżał zwinięty w kłębek i szlochał w ziemi.

„Chciałeś wojny, Julianie” – powiedziałem, mój głos zagłuszony rykiem wirników, ale moje intencje były jasne w spojrzeniu, jakie na niego wyczytałem. „Zapomniałeś o jednym. Nie walczę sam”.

Wziąłem łyk herbaty i obserwowałem, jak boczne drzwi Blackhawka się otwierają, a ludzie w prawdziwym rynsztunku taktycznym, mający prawdziwą władzę, przygotowują się do zejścia.

„Mówiłam ci” – szepnęłam do siebie. „Nie muszę cię pozwać. Wystarczy, że cię zgłoszę”.

Lądowanie Sikorsky UH‑60 Blackhawk nie jest subtelnym wydarzeniem. To deklaracja przytłaczającej siły.

Fala uderzeniowa wirnika uderzyła w ziemię z siłą huraganu, zamieniając śnieg w oślepiający, biały wir. Julian Roman – kuląc się w błocie pośniegowym z rękami zakrywającymi uszy – poczuł się jak w apokalipsie.

Dla mnie było to jak przybycie kawalerii.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama
Reklama

Yo Make również polubił

„Czemu nie zakryjesz tej blizny?” – zapytał mój brat na tyle głośno, że przerwał śmiech pod pergolą mojej ciotki. „Nikt nie chce tego oglądać, kiedy jemy”.

Ciotka Linda prychnęła, odkładając widelec z celowym brzękiem. „Ona uwielbia być w centrum uwagi. Zawsze tak było”. Kilka osób się ...

Nasza wścibska sąsiadka kazała odholować nasze samochody z naszego podjazdu – zapłaciła za to wysoką cenę

Co masz na myśli? Jack szedł obok mnie, trzymając ręce w kieszeniach bluzy z kapturem. Wskazałem na małą naklejkę na ...

8 Znaków, że Zmarła Bliska Osoba Jest Blisko Ciebie

8️⃣ Tajemnicze zbiegi okoliczności 🦋 Motyl, który nagle pojawia się w szczególnym momencie, piórko na Twojej drodze, powtarzające się liczby ...

„Strasznie Pyszne Naleśniki na Halloween: Kreatywne Pomysły i Przepis, Który Pokochasz!”

Rozgrzej patelnię z odrobiną oleju. Wylewaj porcje ciasta na patelnię i smaż naleśniki z obu stron na złoty kolor. Tworzenie ...

Leave a Comment