Wszyscy zebrali się wokół Alexa, który właśnie ogłosił, że dołącza do juniorskiej drużyny koszykówki. Moja niebieska wstążka leżała niezauważona na stoliku kawowym.
Potem nadeszła ceremonia ukończenia szkoły średniej. Byłem najlepszy w klasie. Przygotowałem przemówienie o dążeniu do marzeń i przyszłości technologii.
Wygłosiłem przemówienie na wpół pustej sali, ponieważ moi rodzice i krewni musieli wyjść wcześniej.
Po co?
Tego popołudnia Alex miał ważny mecz piłkarski. To był towarzyski mecz przedsezonowy.
Później zobaczyłem, jak świętują jego jedyną bramkę, jakby wygrał Mistrzostwa Świata. Moja tabliczka pamiątkowa wylądowała w pudełku w garażu.
To był diagram. System.
Alex był słońcem. Ja byłem planetą na odległej, zimnej orbicie, czasami zauważaną, ale nigdy tak naprawdę niewidzialną. Moja pasja do komputerów była ekscentrycznością. Moja powściągliwość była przeszkodą w kontaktach towarzyskich. Moje osiągnięcia były postrzegane jako „fajne, kochanie”. Każdy mały sukces Alexa był okazją do otwarcia szampana i zebrania pochwał.
Najboleśniejsze wspomnienie — to, które pozostało niczym otwarta rana — miało miejsce pięć lat temu.
Położyłem podwaliny pod moją sztuczną inteligencję, Aurelia Analytics. W tamtym momencie była to tylko koncepcja, ale obiecująca. Potrzebowałem niewielkiej początkowej inwestycji, zaledwie dwudziestu tysięcy dolarów, aby uzyskać przestrzeń serwerową i licencje na oprogramowanie niezbędne do stworzenia funkcjonalnego prototypu.
Napisałem kompletny biznesplan. Przećwiczyłem prezentację. Zaprezentowałem go ojcu w jego biurze.
Słuchał ze smutnym wyrazem twarzy, jakbym opisywał mu chorobę śmiertelną.
„Jason, nie mogę” – powiedział, kręcąc głową. „Ten wirtualny świat jest zbyt ryzykowny. Potrzebujesz prawdziwej pracy z prawdziwą pensją”.
Dwa tygodnie później podarował Alexowi nowiutkie BMW, aby pogratulować mu tytułu „Sprzedawcy Miesiąca” w swojej agencji nieruchomości. Dwadzieścia tysięcy dolarów za taki samochód to była drobna kwota.
Pamiętam, że zapytałem mamę dlaczego.
„Twój ojciec i ja zainwestowaliśmy mnóstwo pieniędzy w edukację Alexa, żeby zapewnić mu dobry start” – wyjaśniła, jakby to była najbardziej logiczna rzecz na świecie. „Jego przyszłość zawodowa jest bezpieczna. Musimy mądrze inwestować. Rozumiesz?”
Zrozumiałem.
Nie byłem mądrą inwestycją. Byłem beznadziejnym przypadkiem, tym, który – jak mieli nadzieję – poradzi sobie sam, nie obciążając zasobów rodziny ani nie niszcząc jej reputacji.
Nigdy więcej ich o nic nie prosiłem. Pracowałem na dwóch etatach, programowałem po nocach i samotnie budowałem swoje komputerowe marzenie, napędzany kawą i tępym, tlącym się gniewem.
Tego wieczoru, po występie Chloé, zdałem sobie sprawę, że nic się nie zmieniło. W ich oczach wciąż byłem małym chłopcem z projektem na wystawę naukową, czekającym na oklaski, które nigdy nie nadeszły.
Nie mieli pojęcia, co zbudowałem w ciszy, w którą mnie zepchnęli.
Gdy jechałem do domu, w mojej głowie skrystalizowała się zimna, surowa myśl.
Może nadszedł czas, żeby im to pokazać.
Nie wróciłem do domu. Nie mogłem. Cisza w moim mieszkaniu byłaby ogłuszająca.
Zamiast tego pojechałem do małego, niepozornego budynku biurowego, w którym wynająłem kilka pomieszczeń. Była to oficjalna siedziba Aurelia Analytics.
Tak naprawdę było to po prostu ulepszone miejsce pracy dla mnie i mojego współzałożyciela Bena.
Zastałem go dokładnie tam, gdzie się spodziewałem: pochylonego nad klawiaturą, skąpanego w blasku trzech ekranów, a obok niego na wpół puste pudełko po pizzy. Ben był moim najlepszym przyjacielem od czasów studiów. Był jedyną osobą na świecie, która widziała we mnie nie dziwacznego brata Alexa, ale partnera, równego sobie.
Gdy wszedłem, podniósł wzrok i od razu dostrzegł burzę wypisaną na mojej twarzy.
„Ojej” – powiedział, odchylając się na krześle. „Niech zgadnę. Niedzielny obiad”.
Opadłem na drugi fotel, a tania skóra jęknęła w proteście. Nie musiałem nawet wiele mówić. Po prostu podsumowałem fakty: protekcjonalne uwagi Chloe, entuzjastyczny udział mojej rodziny i ostateczny rozkaz ojca, by ciąć.
Ben słuchał cierpliwie, a jego wyraz twarzy twardniał z każdym słowem. Kiedy skończyłem, milczał przez dłuższą chwilę. Obrócił się na krześle twarzą do ekranu, wpisał kilka poleceń i otworzył plik.
„Wiesz” – powiedział cicho i groźnie – „podczas gdy obrażano cię z powodu roastu, ja rozmawiałem przez telefon z zespołem ds. fuzji i przejęć w Sterling Westwood”.
Sterling Westwood, gigant technologiczny, który miał nas wykupić, był w centrum transakcji tak tajnej, że nawet moja rodzina nie znała nazwy mojej firmy, nie mówiąc już o tym, że miała ona nas oboje uczynić niesamowicie bogatymi.
„I co z tego?” – zapytałem, na chwilę zapominając o własnych problemach.
Ben obrócił się w moją stronę, a na jego ustach pojawił się dziki uśmiech.
„A ich szef ds. przejęć, facet o imieniu Harrison, opisał cię – osobiście, nie w imieniu firmy – jako najcenniejszy atut w całej transakcji” – powiedział Ben. „Powiedział, że twoja inteligencja uzasadnia ośmiocyfrową kwotę. Chce, żebyś poprowadził ich nowy dział sztucznej inteligencji po fuzji”.
Słowa te wciąż rozbrzmiewały w powietrzu, stanowiąc jaskrawy kontrast z szyderstwami, jakich doświadczała moja rodzina.
Hobby, które pozwala zarabiać. Mały biznes oparty na arkuszach kalkulacyjnych. Poza Twoim zasięgiem.
„Oni nie wiedzą, stary” – powiedział Ben łagodniejszym głosem. „Nie mają pojęcia, kim jesteś”.
„Nie chcą wiedzieć” – powiedziałam, a gardło znów ścisnęło mi się z goryczy. „Mają taki wizerunek, który im odpowiada. Porażka. Dzięki temu Alex wygląda lepiej”.
Ben skinął głową.
„No więc, co zamierzasz z tym zrobić?”
Pytanie było proste, ale odpowiedź wydawała się monumentalna.
Przez lata nic nie robiłem. Chłonąłem wszystko. Zaakceptowałem swoją rolę.
Ale siedząc tam pośród cichego szumu serwerów, na których odbywało się dzieło mojego życia, poczułem zmianę.
Oto dlaczego. Dlaczego tak ciężko pracowałem? Dlaczego przez lata poświęcałem sen i życie towarzyskie?
Nie chodziło tylko o zbudowanie czegoś. Chodziło o udowodnienie czegoś.
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki mój telefon zawibrował. To był e-mail. Temat był świąteczny, ozdobiony cyfrowym konfetti.
Jesteś zaproszony: na przyjęcie zaręczynowe Alexa i Chloe.
Otworzyłem. To było formalne i wystawne zaproszenie. Uroczystość z okazji związku, który zaledwie kilka godzin wcześniej próbował złamać mojego ducha.
Zaprosili mnie do powrotu do grupy, oczekując, że się przedstawię, uśmiechnę i odegram swoją rolę. To była gehenna, żądanie, żebym się poddał.
Ben patrzył jak to czytam.
“Naprawdę nie idziesz, prawda?”
Podniosłam wzrok z ekranu i spojrzałam na Bena, a na mojej twarzy pojawił się powolny, zimny uśmiech.
„Och, idę” – powiedziałem. „Za nic w świecie bym tego nie przegapił”.
Przez dwa dni wpatrywałem się w to cyfrowe zaproszenie. Leżało w mojej skrzynce odbiorczej jak tykająca bomba zegarowa.
Część mnie, ta, która była uwarunkowana przez lata, chciała po prostu usunąć wiadomość, wysłać uprzejme „Przepraszam, nie dam rady” i wrócić do wygodnej pracy. Byłoby prościej. Byłoby spokojniej.
Ale za każdym razem, gdy zamykałem oczy, znów widziałem zadowolony uśmiech Chloe. Słyszałem syk ojca: „Przestań psuć rodzinie opinię”.
To nie było zwykłe zaproszenie. To było wezwanie. Kazali mi bez słowa wrócić i zająć swoje miejsce. Zaakceptować nową królową rodziny i moje miejsce na samym dole hierarchii.
Moja odmowa byłaby odebrana jako zły humor. Moja obecność jako uległość.
Już miałem archiwizować tego maila po raz dziesiąty, gdy pojawił się nowy. Nadszedł z anonimowego i zaszyfrowanego adresu – coś, co od razu budzi podejrzenia.
Temat wiadomości składał się tylko z trzech liter.
Fundusz VCF.
VCF. Fundusz kapitału podwyższonego ryzyka. Świat Chloe.
Moje serce zaczęło bić odrobinę szybciej.
Mimo moich obaw, otworzyłem ją.
Wiadomość była krótka i enigmatyczna.
Uwaga! VCF nie kupuje, oni kradną. Próbują skopiować algorytm sztucznej inteligencji swojej firmy docelowej. Dyrektor prowadzący tę operację uważa założyciela za głupca, którym łatwo manipulować. Nie dajcie się nabrać.
Wpatrywałem się w te słowa, czując, jak ogarnia mnie zimny ból.
Były dziesiątki firm z branży AI, które VCF mógł wziąć na celownik. Przypadek? Zły numer? Niejasność?
Ale tak nie było.
Moje myśli powróciły do kolacji.
„Moja firma właśnie rozważa przejęcie małej firmy zajmującej się sztuczną inteligencją” – powiedziała Chloe. „Mają genialny algorytm”.
Potem zaczęły się natarczywe pytania, maskujące się jako protekcjonalne uwagi. Sposób, w jaki nalegała na szczegóły dotyczące mojej pracy.
To nie była zwykła kpina. To było uznanie.
Nie próbowała po prostu postawić mnie do pionu. Oceniała konkurencję.
Nie. Nie chodzi o konkurencję.
Cel.
Ten anonimowy e-mail był ostrzeżeniem. Dzwonkiem alarmowym. Ktoś w środku wiedział, co się dzieje. Ktoś próbował mnie ostrzec.
Moje ręce zaczęły drżeć, lecz nie ze strachu, a z nagłego, płonącego gniewu.
Siedziała przy stole moich rodziców, korzystała z ich gościnności, śmiała mi się w twarz, a przez cały czas knuła plan zniszczenia mojego interesu i kradzieży owoców mojej pracy.
Jego czysta arogancja była zapierająca dech w piersiach.
A moja rodzina — moja rodzina — podała mu nóż.
Podali mnie na srebrnej tacy: rodzinnego błazna, nieszkodliwego kujona, którego małe hobby nie było warte nawet drugiego spojrzenia.
Jego największym atutem było to, jak mnie postrzegali.
Liczyła na to, że okażę się osobą, jaką wszyscy we mnie widzieli: słabą, apatyczną i łatwą do odrzucenia.
Wstałem i zacząłem chodzić po biurze. Elementy układanki pasowały do siebie z przerażającą klarownością.
To było o wiele poważniejsze niż zwykła zniewaga w rodzinie. To było szpiegostwo przemysłowe. To była kradzież.
A Chloe była w centrum tego wszystkiego.
Ponownie otworzyłam zaproszenie na przyjęcie zaręczynowe na ekranie. Moja decyzja nie była już skomplikowana. Była prosta. Konieczna.
Kliknąłem RSVP.
Obecny: jeden.
Sytuacja się zmieniła. Myśleli, że przyjmują gościa. Ale ja byłem tam jako audytor i miałem przeprowadzić pełną analizę kryminalistyczną ich kłamstw.
Anonimowy cynk był impulsem. Teraz potrzebowałem dowodu.
Następne czterdzieści osiem godzin spędziłem w stanie hiperkoncentracji. Ben i ja przekształciliśmy nasze biuro w salę kryzysową.
Żyliśmy kawą i gorzką satysfakcją polowań.
Zacząłem jak każdy naukowiec zajmujący się danymi: od danych.
Przeprowadziłem dogłębną analizę logów dostępu do naszego serwera. Główny algorytm Aurelii był chroniony wieloma warstwami zabezpieczeń, ale mieliśmy wersję demonstracyjną w odizolowanym środowisku, którą udostępnialiśmy potencjalnym inwestorom na podstawie ścisłych umów o zachowaniu poufności.
Sterling Westwood oczywiście miał do tego dostęp. Ich zachowanie było nienaganne. Profesjonalizm. Szanowali granice.
Następnie znalazłem kolejny zestaw danych dostępowych: te, które przypisaliśmy do VCF, funduszu Chloe.
Pnie drzew opowiadały historię.
Początkowo ich dostęp był normalny: standardowe żądania. Jednak w ciągu ostatniego tygodnia ich aktywność stała się agresywna. Nie zadowalali się już samym testowaniem możliwości oprogramowania.
Pukano w jego ściany, szukając pęknięć.
Wielokrotne próby dostępu do katalogu z kodem źródłowym były blokowane przez nasze zapory sieciowe. Próbowali odkryć sekrety systemu. Był to cyfrowy odpowiednik próby otwarcia zamka.
To było przytłaczające, ale miało swoje uzasadnienie.
Potrzebowałem więcej.
Moje myśli wróciły do kolacji, odtwarzając w myślach każde słowo. Pytania Chloe nie były tylko ogólne. Zapytała mnie o konkretny język programowania, którego używam w sieci neuronowej. Zapytała o mój framework do przetwarzania danych.
Wtedy zbagatelizowałem to jako czczą i ignorancką paplaninę. Teraz zrozumiałem, o co chodziło: próba wyłudzenia informacji. Próbowała wyłudzić ode mnie plany za darmo.
Potem przyszła mi do głowy mroczniejsza myśl.
Jak Chloé mogła wiedzieć o moim projekcie tyle, że od samego początku miała mnie na celowniku?
Byłem patologicznie skryty w kwestii swojej pracy. Tylko kilka osób wiedziało, co tak naprawdę budowałem: Ben, kilku zaufanych wykonawców i – serce mi się ścisnęło – moja rodzina.
Przez lata, w chwilach naiwnego optymizmu, próbowałem im wytłumaczyć swoją pracę. Dzieliłem się swoimi postępami, licząc na iskierkę zainteresowania lub dumy.
Przypomniała mi się rozmowa sprzed kilku miesięcy, z rodzinnego grilla. Rozmawiałem z moim kuzynem Davidem. David zawsze był dobrym kuzynem, tym, który wydawał się interesować wszystkim. Opowiedziałem mu o przełomowym odkryciu, którego dokonałem dzięki predykcyjnemu modelowaniu sztucznej inteligencji.
Alex podszedł do nas z piwem w ręku i usłyszał nas.
„Wciąż bawisz się swoim mózgiem robota, Jay?” – zażartował. „Powinieneś znaleźć sobie jakieś prawdziwe hobby, na przykład golf”.
Dawid mnie bronił.
„Nie, stary. To jest naprawdę niesamowite. Jason buduje coś wielkiego.”
Wtedy byłem wdzięczny Davidowi za wsparcie. Ale teraz zaczęło mnie ogarniać niepokojące podejrzenie.
Alex słyszał.
A Alex rozmawiał z Chloe.
Musiałem to potwierdzić.
Otworzyłem nasze narzędzia do analizy ruchu sieciowego. Zacząłem porównywać adresy IP, które uruchomiły ataki na nasz serwer. Większość była maskowana przez VPN-y, ale kilka wcześniejszych, bardziej nieudolnych prób nie.
Udało im się ustalić, że źródłem jest adres IP mieszkania.
Przeprowadziłem wyszukiwanie.
Rezultat został odebrany jako cios w brzuch.
Adres został zarejestrowany na nazwisko Davida, mojego kuzyna — tego, który zawsze zdawał się być po mojej stronie.
Nie tylko słuchał na tym grillu. Zebrał informacje. I przekazał je dalej.
Zdrada była tak dotkliwa, że zaparło mi dech w piersiach.
Nie chodziło tylko o Chloe. To była sprawa rodzinna.
Zadzwoniłem do Davida od razu. Bez wstępów, bez pogawędek.
„Dlaczego, Davidzie?” zapytałem niebezpiecznie niskim głosem.
Po drugiej stronie linii zapadła długa cisza.
„Jason, o czym ty mówisz?” Wydawał się szczerze zdezorientowany.
I przez sekundę prawie zwątpiłem w siebie.
„Adres IP, David. Ten, który od tygodnia próbuje włamać się na serwery mojej firmy. Jest twój”.
Zapadła cisza ciężka od poczucia winy. Słyszałem, jak ciężko oddycha. Został złapany na gorącym uczynku.
„Ja… nie rozumiem, co masz na myśli” – wyjąkał.
Ale kłamstwo było kruche jak papier.
„Przestań z tym bredniami!” – warknęłam, kompletnie oderwana od rzeczywistości. „Powiedziałeś im? Rozmawiałeś z Alexem i Chloé o moim projekcie?”
W końcu się załamał. Jego głos był teraz niczym więcej niż żałosnym szeptem.
„Ja… Właśnie rozmawiałem o tym z Alexem. Uważałem, że to, co robisz, jest świetne. Chwaliłem się tobą.”
„Chwalisz się?” Zaśmiałem się szorstko, bez humoru. „Dałeś im klucze do królestwa, Davidzie. Powiedziałeś im tylko tyle, żeby mogli mnie znaleźć, żeby mogli mnie namierzyć”.
„Nie wiedziałem, że to zrobi” – błagał. „Przysięgam, Jason. Alex właśnie powiedział, że firma Chloe interesuje się technologią, a ja wspomniałem o twoim… twoim startupie. Nie miałem pojęcia…”
Ale wiedziałem, że to też kłamstwo.
David był inteligentny. Pracował w finansach. Doskonale wiedział, co oznacza „zainteresowanie technologią” w ustach inwestora venture capital, takiego jak Chloe.
Nie zrobił tego, żeby mi pomóc. Zrobił to, żeby zaskarbić sobie względy Alexa, zamożnej gałęzi rodziny.
Sprzedał mój sekret za kilka poklepań po plecach mojego ulubieńca.
Wybrał swoją stronę.
„To, co wiedziałeś, jest nieistotne” – powiedziałem lodowatym głosem. „Liczy się tylko to, co zrobiłeś”.
Słyszałem, że zaczyna panikować.
„Proszę, Jason, nie mów rodzicom ani Alexowi. To był błąd”.
Błąd.
Zdrada wieloletniego zaufania była błędem. Pomoc drapieżnikowi w ataku na własną rodzinę była błędem.
Jego nonszalancja i tchórzostwo były niemal gorsze niż sam czyn. Nie żałował tego, co zrobił. Żałował, że został złapany. Dbał o konsekwencje dla siebie, nie dla mnie.
Martwił się, że będzie musiał znaleźć prawnika.
„Nie martw się, Davidzie” – powiedziałem, a chłód mojego głosu mnie zaskoczył. „Nikomu nie powiem”.
„Och, dzięki Bogu, Jasonie. Dziękuję…”
„Pokażę im” – przerwałem. „Wszystkim”.
Rozłączyłam się zanim zdążył odpowiedzieć, zostawiając go, by pogrążył się w milczeniu po stracie bliskiej osoby.
Potwierdzenie zdrady Dawida było brakującym elementem układanki. Przecięło ostatnią nić wątpliwości, ostatnią nadzieję, że to wszystko było nieporozumieniem.
To był skoordynowany atak. A moja rodzina – moja rodzina – była w tym współwinna.
Odwróciłam się do Bena, moja twarz nie wyrażała żadnych emocji.
„Oni próbują ukraść wszystko”.
Wyraz twarzy Bena był ponury.
“Więc odpowiadamy.”
„Nie” – powiedziałem, a nowa, mrożąca krew w żyłach jasność ogarnęła mnie. „Nie będziemy się odwdzięczać. Pozwolimy im myśleć, że wygrywają. Zastawimy na nich pułapkę. Wspaniałą, elegancką, nieuniknioną pułapkę. I zrobimy to na przyjęciu zaręczynowym”.
Podjąłem decyzję.
Nie broniłem już tylko swojej firmy. Broniłem swojego życia, swojej tożsamości, swojego istnienia przed tymi, którzy powinni mnie wspierać.
Miałem zamiar pójść na tę imprezę i obrócić cały ich świat podróbek w perzynę.
Plan był śmiały. Był teatralny. I musiał być perfekcyjny.
Przez następny tydzień Ben i ja pracowaliśmy z precyzją chirurgów. Nie byliśmy już tylko programistami. Byliśmy architektami upadku.
Centralnym elementem pułapki był fragment kodu, który sam napisałem. Nazywaliśmy go „słoiczkiem miodu”.
Stworzyliśmy nową, odizolowaną sekcję naszego serwera demonstracyjnego. Zaprojektowaliśmy ją tak, aby przypominała lukę w zabezpieczeniach, tylne wejście do wewnętrznego sanktuarium: kodu źródłowego algorytmu Aurelii.
Była to nieodparta pokusa dla złodzieja, który myślał, że jest mądrzejsza od wszystkich innych.
Ale garnek miodu skrywał tajemnicę.
Gdy tylko ktoś do niego uzyskał dostęp, uruchamiał się cichy alarm. Co ważniejsze, system zaczynał rejestrować wszystko: naciśnięcia klawiszy, aktywność na ekranie, a na dodatek aktywował mikrofon komputera użytkownika.
Nie tylko widzielibyśmy, co próbują ukraść, ale także słyszelibyśmy, jak to planują.
„Jesteś pewien?” zapytał Ben, obserwując eleganckie i złośliwe linijki kodu. „To oszustwo”.
„Rozpoczęli mecz, Ben” – odpowiedziałem, wpatrując się w ekran. „Wygram”.
Zwabiliśmy system, wysyłając e-mail z aktualizacją do wszystkich użytkowników wersji demonstracyjnej, wspominając o tymczasowym złagodzeniu niektórych protokołów bezpieczeństwa na czas konserwacji. To wystarczyło, by przyciągnąć uwagę ciekawskiego hakera.
Następnie zaplanowaliśmy ujawnienie.
Moją pierwszą myślą było po prostu przekazać dowody Sterlingowi Westwoodowi i pozwolić im się nimi zająć. Ale to nie wystarczyło. Dyskretna egzekucja przez korporację nie rozwiązałaby sedna problemu. Nie uleczyłaby rany, którą zadała mi moja rodzina.
To musiało być publiczne. To musiało być niezaprzeczalne.
Wtedy właśnie dotarła do mnie pewna kluczowa informacja.
Ben rozmawiał przez telefon z panem Harrisonem o logistyce. Gdy kończyli, Harrison wspomniał o swoich planach na weekend.
„Muszę lecieć na przyjęcie zaręczynowe” – powiedział z lekkim westchnieniem. „Córka mojego byłego wspólnika wychodzi za mąż. Niejaki Richard Miller”.
Ben prawie upuścił telefon.
Opowiedział mi tę nowinę z szeroko otwartymi oczami.
„Jason, nie uwierzysz. Harrison tam będzie. Na imprezie.”
To był zdumiewający zbieg okoliczności, dar od wszechświata.


Yo Make również polubił
Porada babci: Użyj soli w toalecie, aby utrzymać ją w czystości!
Biały ocet na mopie, podłoga już nigdy nie będzie taka sama
Wiele osób nie wie o tej starożytnej tajemnicy szycia
Słodki chleb z kremem cukierniczym i tartym kokosem: klasyk, który zaskoczy każdego