„Proszę usiąść” – powiedział Thorne, wskazując na ciężki skórzany fotel stojący przed jego masywnym dębowym biurkiem.
Usiadłem. Skóra zaskrzypiała pode mną. Czułem się, jakbym właśnie usiadł na sali sądowej, nie znając jeszcze zarzutów.
Thorne wjechał za biurko. Na bibule przed nim leżał mały, czarny, skórzany notes i gruba koperta.
Natychmiast rozpoznałem ten dziennik.
To był dziennik modlitw Estery.
Nosiła go ze sobą wszędzie.
Thorne położył dłonie na przedmiotach.
„Znalazłem je w sejfie, który Esther tu trzymała” – powiedział cicho. „Miała własną kombinację. Nigdy nie pytałem, co jest w środku. Ufałem jej. Ale po jej śmierci wiedziałem, że muszę zajrzeć. Musiałem się upewnić, że jej sprawy są w porządku”.
Przesunął dziennik w moją stronę.
„Otwórz, Booker. Przeczytaj ostatni wpis.”
Moje ręce drżały, gdy go podnosiłem. Skóra była ciepła, jakby przed chwilą ją trzymała.
Przerzuciłem na zaznaczoną stronę. Jej pismo było staranne i zaokrąglone, ale atrament wyglądał na rozmazany, jakby pisała w pośpiechu albo ze strachu.
Terrence ponownie poprosił o pieniądze.
Powiedziałem mu, że nie. Spojrzał na mnie oczami, których nie znałem. Patrzył na mnie, jakby mnie nienawidził.
Znalazłem dziś tabletki w kieszeni jego kurtki. Wyglądają jak moje lekarstwo na serce, ale nimi nie są. Boję się, Booker. Boję się o naszego syna.
Zatrzymałem się. Pokój się przechylił. Przez chwilę nie mogłem oddychać.
„Spójrz na zdjęcia, panie King” – powiedział łagodnie Vance.
Otworzyłem kopertę i wysypałem jej zawartość na biurko. Wysypały się z niej dziesiątki zdjęć. Ziarniste, robione długim obiektywem – ale wystarczająco wyraźne.
Terrence wręcza gruby plik banknotów mężczyźnie z tatuażami na szyi w bocznej uliczce.
Terrence i Tiffany w samochodzie, śmieją się, a ona trzyma w ręku butelkę szampana.
A potem nadszedł ten, który wytrącił mnie z równowagi.
Zdjęcie zrobione przez okno kuchenne mojego domu. Znak czasowy wskazywał 2:00 w nocy, trzy noce przed śmiercią Esther.
Terrence stał przy ladzie, gdzie Esther trzymała swój organizer na leki. W jednej ręce trzymał dwie pomarańczowe butelki z lekami na receptę. Jedna zawierała jej lek na serce. Druga była bez etykiety. Przesypywał tabletki z jednej butelki do drugiej.
Uśmiechał się.
„On…” Mój głos się załamał. „Podmienił jej tabletki”.
„Zrobił coś więcej” – powiedział ponuro Thorne. „Zaplanował to”.
„Zabił ją” – wyszeptałem. Słowa drapały mnie w gardle. „Mój własny syn zabił swoją matkę”.
Thorne pochylił się do przodu, jego oczy patrzyły zimno.
„On jej po prostu nie zabił, Booker. On to starannie zaaranżował. A teraz, z tego, co odkrył Vance, może planować coś podobnego dla ciebie”.
Wpatrywałem się w zdjęcie. Chłopiec, którego niosłem na ramionach. Chłopiec, którego nauczyłem wiązać buty.
Mężczyzna, który mógł zrobić coś takiego swojej matce, mógłby zrobić wszystko.
CZĘŚĆ 3
„Zatrzymam go” – powiedziałam nagle, podnosząc się tak szybko, że krzesło się przewróciło.
Moja ręka instynktownie powędrowała na plecy, gdzie leżał mój służbowy pistolet.
„Wrócę tam i dopilnuję, żeby nigdy więcej nikogo nie skrzywdził”.
„Nie” – głos Thorne’a rozbrzmiał w pokoju niczym bicz.
Zamarłem, palce musnęły zimny metal.
„Jeśli zrobisz mu teraz krzywdę, pójdziesz do więzienia, a on i tak wygra” – powiedział Vance, robiąc krok naprzód z uniesionymi rękami. „Tracisz wolność. Tiffany wydaje pieniądze. Esther by tego nie chciała”.
Spojrzałem na zdjęcie mojego syna. Chłopca, którego wychowałem. Mężczyzny, którym się stał.
„Co mam więc zrobić?” zapytałem łamiącym się głosem.
„Złapiemy go w pułapkę” – powiedział Thorne. „Zmusimy go do przyznania się do winy. Sprawimy, że się zniszczy. Ale żeby to zrobić, musisz wrócić do tego domu. Musisz udawać, że nic nie wiesz. Musisz pozwolić mu myśleć, że panuje nad sytuacją. Dasz radę, Booker? Czy potrafisz spojrzeć na mężczyznę, który skrzywdził twoją żonę, i udawać, że nie wiesz?”
Pomyślałem o Esterze. O jej strachu w tych ostatnich dniach. O jej odręcznych słowach w tym dzienniku.
Wziąłem głęboki oddech, poprawiłem kurtkę i sięgnąłem po laskę.
„Kiedyś byłem żołnierzem” – powiedziałem cicho. „Wiem, jak wykonywać rozkazy. Wiem, jak czekać na właściwy moment”.
Thorne skinął głową.
„Dobrze. To słuchaj uważnie. Oto, co zrobimy…”
Wracając do domu, kierownica trzęsła mi się jak lód pod dłońmi. Mój stary Ford wydawał niski, jednostajny dźwięk, ale już mnie to nie uspokajało. Spojrzałem w lusterko wsteczne – nie pod kątem ruchu ulicznego, ale żeby poćwiczyć twarz, którą powinienem mieć.
Thorne kazał mi zachowywać się jak pogrążony w żałobie, zdezorientowany starzec, za jakiego uważał mnie mój syn.
Próbowałem złagodzić wyraz oczu. Opuściłem ramiona. Opuściłem szczękę. Pogrzebałem żołnierza i przyprowadziłem ojca, który wydawał się zagubiony.
To była najtrudniejsza rzecz jaką kiedykolwiek zrobiłem.
Trudniejsze niż obóz szkoleniowy. Trudniejsze niż wojna.
Bo tym razem wrogiem nie był obcy. To było moje własne dziecko.
Wjechałem na podjazd. Drzwi wejściowe były już uchylone.
Estera zawsze dbała o porządek w tym domu, o nieskazitelną czystość w swoim sanktuarium. Teraz drzwi wisiały otwarte jak złamana szczęka.
Wszedłem do środka. Najpierw usłyszałem dźwięk.
Rozdzierający dźwięk, ostry i brzydki.
W salonie Tiffany klęczała na środku podłogi z żółtym nożem do tapet w dłoni. Szarpała ulubioną kwiecistą sofę Esther, tę, na którą oszczędzała trzy lata. Tiffany rozcinała poduszki, wpychając dłonie w wypełnienie, rozrzucając piankę jak śnieg.
„Gdzie to jest? Gdzie są pieniądze?” – mruknęła z dzikim wzrokiem.
Podłoga była usłana piórami, podartymi materiałami i porozrzucanymi papierami. Wyglądało, jakby w domu szalała burza.
Z korytarza dobiegł kolejny dźwięk — wysoki, mechaniczny pisk.
Wiertło.
Nasza sypialnia.
Poczułem ucisk w klatce piersiowej.
Szedłem w stronę naszego pokoju, stukając laską o twarde drewno. Zdjęcia na ścianie były krzywo ustawione. Nasze zdjęcie ślubne leżało na podłodze, a szkło pękało na uśmiechniętej twarzy Esther.
Ostrożnie przeszedłem nad nim.
Skowyt stawał się coraz głośniejszy. Otworzyłem drzwi sypialni.
W pokoju panował chaos. Szuflady komody leżały na łóżku, sukienki i koszule nocne Esther walały się po podłodze.
W kącie Terrence stał spocony przez kremowy garnitur, z ciężką wiertarką w dłoniach. Oparł się całym ciężarem o mały sejf, który Esther ukryła za obrazem Ostatniej Wieczerzy. Obraz leżał rzucony w kąt.
Wiertło zgrzytało o metal. Od tarcia unosił się dym.
Nie szukał wspomnień. Nie szukał pamiątek.
Szukał wypłaty.
Pozwoliłem, by moje ciało opadło. Puściłem laskę i pozwoliłem jej upaść. Uderzyła o podłogę z głośnym brzękiem.
Terrence podskoczył. Wiertło się ześlizgnęło i wyżłobiło ścianę. Obrócił się z dzikim wzrokiem. Przez ułamek sekundy mnie nie rozpoznał.
A potem to zrobił.
„Sejf jest pusty!” krzyknął łamiącym się głosem. „Pusty! Nie ma tu nic poza kurzem. Gdzie on jest, tato? Gdzie są pieniądze? Gdzie są obligacje?”
Otworzyłam lekko usta. Złapałam się za pierś. Spojrzałam na pusty sejf, a potem z powrotem na niego, pozwalając ciszy się przedłużać, aż jego panika narastała.
Kopnął ramę łóżka tak mocno, że aż zadrżała.
„Nie patrz tak na mnie” – krzyknął. „Wiedziałaś, prawda? Ty i mama ciągle szeptałyście, ciągle coś przede mną ukrywałyście”.
W trzech krokach znalazł się tuż przede mną. Złapał mnie za przód kurtki i przycisnął do framugi drzwi. Jego oddech pachniał stęchłym alkoholem i strachem.
Ponownie chwycił wiertarkę i nacisnął spust. Wiertło przesunęło się o kilka centymetrów od mojego policzka.
„Powiedz mi, gdzie schowała pieniądze” – syknął. „Powiedz mi, albo przysięgam, że zmuszę cię do mówienia”.
Wiertło warczało, a dźwięk był ostry i groźny.
Pozwoliłem moim powiekom zadrżeć.
Moja szczęka opadła. Złapałam się za koszulkę nad sercem i pozwoliłam, by kolana się ugięły. Zsunęłam się po framudze drzwi i uderzyłam o podłogę z ciężkim hukiem, zwijając się na boku i łapiąc oddech.
Część paniki była prawdziwa. Stres i żal sprawiły, że serce waliło mi jak młotem.
Terrence cofnął się. Jęk wiertarki ucichł, gdy tylko zwolnił spust.
Nie martwił się o mnie.
Martwił się, że straci dostęp do tego, co jego zdaniem wiedziałem.


Yo Make również polubił
Chleb z serem śmietankowym i cytryną
Chrupiąca sałatka minutowa niesamowicie pyszna. I nie musisz nic gotować: dzielę się przepisem
Mój syn siedział tam, uśmiechając się, jakby właśnie wygrał na loterii, podczas gdy prawnik czytał testament mojej byłej żony opiewający na dwadzieścia osiem milionów dolarów. Spojrzał na mnie z politowaniem. „Nie dostaniesz ani centa, tato” – wyszeptał wystarczająco głośno, żeby wszyscy usłyszeli. „Ani dziesięciocentówki. Wracaj do wynajętego mieszkania”. Ale nie miał pojęcia, kto tu tak naprawdę rządzi. Potem prawnik przeczytał jeszcze jedną linijkę i jego uśmiech zniknął.
RURKI Z KREMEM BUDYNIOWYM