To słowo “gdzieś” najbardziej utkwiło mi w głowie. Jakby było jej obojętne, gdzie ja wyląduję. Czy będę miała blisko do lekarza. Czy dam radę codziennie dojść do sklepu. Czy nie będzie mi zimno zimą w jakimś marnym, starym bloku na uboczu.
Wszystko jedno. Byle tylko jej było wygodnie.
Następnego dnia zadzwoniła Natalia. Nie wiem, czy Klaudia już jej opowiedziała naszą rozmowę, czy po prostu wyczuła, że coś jest nie tak, ale usłyszałam:
– Mamo, co się stało? Masz taki głos, jakbyś całą noc płakała.
Nie chciałam się żalić, nie chciałam skarżyć jednej córki przed drugą, ale słowa same ze mnie wypadły. Opowiedziałam jej wszystko, a po drugiej stronie było tylko milczenie. Długie, ciężkie, jakby Natalia musiała to przetrawić.
– Mamo… – powiedziała w końcu. – Klaudia przegięła. Ja nie mam zamiaru nic wymagać. Nie chcę żadnych pieniędzy. I nie pozwolę, żeby ktoś cię wyrzucił z twojego mieszkania.
Te słowa były jak plaster na ranę, ale rana została.
– Natalko, ja po prostu nie rozumiem. Przecież to moja córka. Sama ledwo sobie radzi z małym, ledwo wiąże koniec z końcem, a i tak… tak potrafi?
– Mamo, ona jest zestresowana, przemęczona. Ale to jej nie tłumaczy. Naprawdę nie.
Jej głos był miękki, spokojny – zupełnie inny niż ostry ton Klaudii z dnia poprzedniego.
W kolejnych dniach próbowałam udawać, że nic się nie stało. Chodziłam do pracy, robiłam zakupy, gotowałam obiad. Ale myśli ciągle wracały. Wracał też strach. Pierwszy raz w życiu naprawdę przestraszyłam się starości.
Bo co, jeśli Klaudia będzie naciskać dalej? Co, jeśli zacznie mnie stawiać pod ścianą? Co, jeśli pewnego dnia przyjedzie tu z wózkiem i powie: “albo sprzedajesz, albo nie pokazuję ci wnuka”?
A była zdolna do takich rzeczy. Zawsze była. Kiedy czegoś chciała – potrafiła zamienić się w huragan, który nie liczy się z niczyimi uczuciami.
Po trzech dniach telefon zadzwonił ponownie. “Klaudia”. Serce zabiło mi szybciej.
– Mamo, możemy się spotkać? – usłyszałam.
Chciałam odmówić. Naprawdę chciałam. Ale w końcu to moja córka. Zgodziłam się.
Spotkałyśmy się w kawiarni obok jej domu. Pchała wózek, mały spał. Usiadłyśmy. I zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, ona zaczęła:
– Mamo, ja wiem, że to dla ciebie trudne. Ale naprawdę musimy coś zrobić. My się tu dusimy.
Wzięłam głęboki oddech.
– Klaudia… ja cię wspieram, zawsze cię wspierałam. Ale ja nie mogę zostać bez mieszkania. To mój dom. Całe moje życie.
– Mamo, przecież nie będziesz bezdomna! Kupisz sobie kawalerkę w tańszej okolicy. A resztę pieniędzy podzielimy. Czy to takie okropne?
I wtedy powiedziałam coś, co zbierało się we mnie przez kilka dni:
– Ty nie chcesz mi pomóc. Ty chcesz, żebym zniknęła z twojej drogi.
Trafiłam w punkt. Zobaczyłam w jej oczach błysk, coś między wstydem a złością. Nie zaprzeczyła. A to bolało najbardziej.
– Mamo… jesteś sama. Nie masz nikogo. Trzy pokoje to luksus. Po co ci to? – rzuciła w końcu.
– A po co tobie moje mieszkanie? – zapytałam spokojnie. – Po co, jeśli tak dobrze sobie radzisz?
Odwróciła wzrok. Długo nic nie mówiła. Potem wzięła torebkę i powiedziała tylko:
– No dobrze. Jak chcesz. Ale nie licz, że będziemy wiecznie czekać.


Yo Make również polubił
Podczas odbioru ze szkoły rodzice otworzyli okno i powiedzieli mojemu 6-letniemu synowi, żeby „szedł do domu w deszczu jak bezdomny”. Tego wieczoru otworzyłem aplikację bankową i zakończyłem cztery lata finansowania ich życia.
Naleśniki z serem i kapustą, pokrojonymi pomidorami i jajkiem
Identyfikacja nieznanego numeru i unikanie nękania telefonicznego*
Kelnerka wylała drinka na moją randkę i szepnęła: „To nie był wypadek” – to, co nastąpiło później, pozostawiło mnie bez słowa