Mój kuzyn wynajął prywatną ekipę, żeby mnie eksmitować. „Wynieście ją stamtąd” – rozkazał. „Nie obchodzi mnie, jak to zrobicie”. Dowódca pchnął moje drzwi, a potem zamarł. Zobaczył naszywkę z orłem na mojej piersi i zbladł. Krzyknął do swojej ekipy: „Kod czerwony! To duch!”. „Nie przyjmujemy takich prac” – Page 4 – Pzepisy
Reklama
Reklama
Reklama

Mój kuzyn wynajął prywatną ekipę, żeby mnie eksmitować. „Wynieście ją stamtąd” – rozkazał. „Nie obchodzi mnie, jak to zrobicie”. Dowódca pchnął moje drzwi, a potem zamarł. Zobaczył naszywkę z orłem na mojej piersi i zbladł. Krzyknął do swojej ekipy: „Kod czerwony! To duch!”. „Nie przyjmujemy takich prac”

 

Cisza gór powróciła, ale tym razem była inna. To była cisza pola bitwy po pierwszym strzale.

Spojrzałem w ciemność, za dymiące szczątki drona. Wiedziałem, że tam są – Viper i jego ekipa. Słyszeli strzał. Wiedzieli, że jestem uzbrojony, ale nie wiedzieli, kim jestem.

Jeszcze nie.

Odwróciłam się od wybitej szyby i wróciłam do fotela. Podniosłam kubek z kawą. Był jeszcze ciepły.

„Wejdźcie, chłopaki” – szepnąłem do pustego pokoju. „Witajcie w domu strachu”.

W dolinie ekran Juliana zrobił się czarny.

Ale tutaj noc dopiero się zaczynała.

Cisza, która zapadła po wystrzale z dubeltówki, nie była pusta. Była ciężka. To była cisza, która zwiastuje rychłą przemoc.

Na zewnątrz wiatr smagał śnieg, aż szalał. Ale w środku chaty powietrze było nieruchome. W salonie unosił się ostry i metaliczny zapach dymu z broni palnej, zagłuszający zapach starej sosny i kurzu.

Nie przeładowałem od razu. Nie musiałem. Wiedziałem dokładnie, ile mam czasu. Będą zdezorientowani przez jakieś trzydzieści sekund. Potem się zgłoszą. Potem się wściekną. Potem włamią się.

Odsunąłem się od wybitej szyby, stąpając lekko na palcach, a moje buty nie wydawały żadnego dźwięku na drewnianej podłodze. Sięgnąłem do torby taktycznej i wyciągnąłem monokular – skaner termowizyjny FLIR Breach PTQ36.

Nie zapaliłem światła. Ciemność była teraz moim sprzymierzeńcem.

Przyłożyłem urządzenie do prawego oka i przez rozbite szkło przeskanowałem linię drzew. Świat zmienił się w spektrum odcieni szarości i lśniącej bieli.

I oto byli. Dwanaście sygnatur cieplnych. Dwanaście biało-gorących duchów wyróżniających się na mroźnym, czarnym tle lasu.

Rozstawieni w dwóch drużynach ogniowych, poruszali się w szyku obserwacyjnym. Nie poruszali się jak amatorzy. Rozstawiali się, sprawdzając swoje sektory. Julian nie tylko wynajął lokalnych bandytów. Wynajął prywatnych wykonawców wojskowych.

Przybliżyłem obraz. Widziałem żar bijący z luf ich karabinów. Widziałem zarysy kamizelek kuloodpornych i hełmów kuloodpornych.

To już nie był spór cywilny. To nie był spór między właścicielem a najemcą. To była uzbrojona grupa paramilitarna, która manewrowała na amerykańskiej ziemi przeciwko obywatelowi USA.

Moje tętno zwolniło. Oddech stał się płytki i rytmiczny. Strach, który czułem wcześniej – strach przed osądem matki, strach przed utratą spuścizny po babci – wyparował.

W jej miejsce zapanowała zimna, krystaliczna logika.

Znów sięgnąłem po telefon satelitarny. Nacisnąłem przycisk ponownego wybierania.

„Higgins” – odpowiedział generał po pierwszym dzwonku. Jego głos był napięty. Wiedział.

„Proszę pana” – powiedziałem beznamiętnym głosem. „Mam wizualne potwierdzenie. Dwunastu ciężko uzbrojonych wrogów, w kamizelkach kuloodpornych i z karabinami wojskowymi. Manewrują, żeby się przedrzeć. To skoordynowany atak”.

„Czy oni są organami ścigania?” – zapytał Higgins, chociaż oboje znaliśmy odpowiedź.

„Nie. Żadnych odznak, żadnych syren, żadnego ogłoszenia o upoważnieniu. To najemnicy Czarnego Kła działający na podstawie prywatnego kontraktu. Panie, to sytuacja z kodem czerwonym.”

Na linii zapadła cisza. Słyszałem, jak generał gorączkowo pisze na klawiaturze w Arlington.

„Dana” – powiedział Higgins, a jego głos opadł o oktawę, stając się głosem człowieka sprawującego władzę wykonawczą. „Jesteś agentem najwyższego szczebla. Jesteś skarbnicą tajnych informacji wywiadowczych. Jeśli zostaniesz schwytany, bezpieczeństwo narodowe będzie zagrożone. Nie możemy na to pozwolić”.

„Nie mam zamiaru dać się złapać, panie.”

„Dobrze. Bo właśnie analizuję ramy prawne. Atakując wysokiego rangą oficera Sił Zbrojnych Stanów Zjednoczonych z zamiarem popełnienia zabójstwa, ci mężczyźni zakwalifikowali się jako kombatanci. Nie są już obywatelami z prawami. Stanowią zagrożenie dla Konstytucji”.

Czekałem. Potrzebowałem usłyszeć te słowa. Potrzebowałem zgody. Nie dlatego, że nie mogłem tego zrobić bez pozwolenia, ale dlatego, że jestem żołnierzem, a żołnierze wykonują rozkazy.

„Pułkowniku Roman” – powiedział Higgins głosem dźwięcznym z absolutną stanowczością – „jest pan upoważniony do obrony swojej pozycji. Jest pan upoważniony do zneutralizowania zagrożenia. Broń wolna. Powtarzam, broń wolna”.

Jeśli kiedykolwiek poczułeś satysfakcję, że w końcu pozwolono ci zdjąć rękawice i stawić czoła tyranowi, kliknij „Lubię to” i skomentuj „ BROŃ ZA DARMO” poniżej. Pokażmy im, co się dzieje, gdy posuniesz się za daleko wobec dobrego człowieka.

„Broń wolna” – powtórzyłem. Słowa te były jak ogromny ciężar zdjęty z mojej piersi. „Zrozumiałem, proszę pana”.

„Rozkręcam QRF – siły szybkiego reagowania – z Fort Carson” – dodał Higgins. „Helikoptery już się rozkręcają. ETA za czterdzieści minut. Dacie radę wytrzymać tyle czasu?”

Spojrzałem na sygnatury termiczne zbliżające się do mojego ganku. Spojrzałem na pułapki, których jeszcze nie zastawiłem. Spojrzałem na teren, który znałem jak własną kieszeń.

„Czterdzieści minut” – powiedziałem. Zaśmiałem się krótko i sucho. „Proszę pana, za czterdzieści minut nie będzie pan potrzebował sił reagowania. Będzie pan potrzebował tylko ekipy sprzątającej”.

„Powodzenia, Dana. Wynocha.”

Odłożyłem telefon.

Miałem czterdzieści minut.

Większość ludzi, mając przed sobą dwunastu uzbrojonych zabójców czyhających na ich życie, wpadałaby w panikę. Rzucaliby się na łeb, na szyję, szukając kryjówki. Hiperwentylowali. Modliliby się.

Poszedłem do kuchni.

Podniosłem stary, wgnieciony czajnik, którego moja babcia używała przez trzydzieści lat. Napełniłem go wodą z kranu. Zapaliłem zapałkę i palnik propanowy na kuchence. Odstawiłem czajnik i obserwowałem, jak niebieski płomień liże dno metalu.

Sięgnęłam do szafki i wyciągnęłam paczkę czarnej herbaty. Włożyłam torebkę do mojego ulubionego kubka.

To nie była arogancja. To była wojna psychologiczna. W ten sposób zrealizowała się filozofia Jocko Willinka: Zła sytuacja? Dobrze. Mają więcej ludzi? Dobrze – więcej celów do trafienia. Mają lepszy sprzęt? Dobrze – mogę im go zdjąć, kiedy skończę. Myślą, że jestem słaby? Dobrze – zaskoczenie to najlepszy mnożnik siły.

Nie zamierzałem się spieszyć. Pośpiech prowadzi do błędów. Pośpiech prowadzi do hałasu. Miałem czas. Śnieg był głęboki, a oni poruszali się ostrożnie, spodziewając się pułapek.

I słusznie, że się ich spodziewali.

Czajnik zaczął gwizdać, jego cichy, narastający dźwięk przeciął ciszę. Nalałem wody. Para uniosła się, pachnąc komfortem i cywilizacją.

Wziąłem łyk. Było gorące, parzyło mi język, pozwalając mi zatopić się w teraźniejszości.

Julian pragnął wojny. Chciał bawić się w żołnierza. Myślał, że wypisanie czeku na rzecz kompanii najemników uczyni go potężnym. Nie rozumiał, że wypisywanie czeków nie uczy, jak zatamować krwawienie. Nie uczy, jak poruszać się w ciemności, nie naruszając ani jednej cząsteczki powietrza. Nie uczy, jak zabijać bez nienawiści, tylko dlatego, że jest to konieczne.

Odstawiłam herbatę na blat. Podwinęłam rękawy flanelowej koszuli, odsłaniając blizny na przedramionach.

„Dobrze, Julian” – wyszeptałem, a moje oczy przyzwyczajały się do ciemności korytarza. „Zapłaciłeś za pełne doświadczenie. Teraz je dostaniesz”.

Nie założyłem kamizelki kuloodpornej. Kamizelka cię spowalnia. Kamizelka daje ci poczucie bezpieczeństwa, a poczucie bezpieczeństwa może cię zabić.

Potrzebowałem szybkości. Potrzebowałem gwałtownej akcji.

Podszedłem do szafy przy tylnych drzwiach. Otworzyłem ją. W środku nie było miotły ani odkurzacza. W środku była walizka Pelicana, którą zakopałem pod stertą starych koców.

Otworzyłem zatrzaski. Wewnątrz leżał mój pistolet maszynowy MP7, kompaktowy, z tłumikiem, zabójczo skuteczny, a obok niego bandolier granatów hukowych.

Podniosłem MP7. W dłoniach wydawał się lekki jak zabawka, ale wiedziałem, że z dwustu metrów przebije hełm z kevlaru. Sprawdziłem magazynek. Pełny.

Zarzuciłem broń na ramię i podniosłem granaty hukowe.

Termowizor pokazał, że pierwszy zespół był już jakieś dwadzieścia jardów od ganku. Gromadzili się przy drzwiach, które już wyważyłem. Szeptali komendy do radiotelefonów. Wchodzili w śmiertelny lej.

Wziąłem ostatni łyk herbaty.

„Witamy w Górach Skalistych, panowie” – powiedziałem.

Wkroczyłam w cień, wtapiając się w mrok. Nie byłam już Daną Roman, biedną kuzynką. Nie byłam rozczarowaniem. Nie byłam mechanikiem.

Byłem drapieżnikiem szczytowym.

A pora karmienia właśnie się rozpoczęła.

Czterdzieści minut to cała wieczność w kategoriach taktycznych. W ciągu czterdziestu minut rządy mogą upaść, traktaty mogą zostać podpisane, a życie może zginąć.

Ale dla operatora Tier 1 czterdzieści minut to zupełnie co innego. To luksus. To wystarczająco dużo czasu, by zamienić pole bitwy w rzeźnię.

Poruszałem się z oszczędnością ruchu, którą wpajano mi w Fort Bragg. Panika to marnowanie energii. Każdy krok, jaki stawiałem w tej kabinie, był przemyślany. Nie biegałem jak spanikowana ofiara horroru. Poruszałem się jak mechanik wchodzący do warsztatu.

Najpierw poszedłem do schowka, gdzie trzymałem plecak i apteczkę. Wyciągnąłem paczkę flar drogowych Orion – tych o dużej mocy, używanych przez kierowców ciężarówek podczas karamboli na autostradach. Paliły się w temperaturze ponad 900 stopni Celsjusza i wytwarzały oślepiające, migoczące czerwone światło, które parzyło siatkówkę.

Zaniosłem je na kuchenną wyspę.

Nie zamierzałem używać śmiercionośnych ładunków wybuchowych. Generał Higgins zezwolił na swobodny dostęp do broni, ale mój kodeks osobisty i taktyczne realia sytuacji nakazywały coś innego. Zabicie dwunastu ludzi tworzy bałagan, którego nawet prezydent nie jest w stanie łatwo posprzątać. Ale złamanie ich, przerażenie do granic możliwości – to przesłanie, które trwa dłużej niż pogrzeb.

Otworzyłam spiżarnię. Moja babcia była kobietą epoki Wielkiego Kryzysu. Nigdy niczego nie wyrzucała. Półki były zastawione szklanymi słoikami Ball Mason, pustymi i czekającymi na dżem truskawkowy z kolejnego sezonu.

Złapałem cztery z nich.

Następnie przyszła kolej na mąkę i cukier. Dla cywila są to składniki do pieczenia. Dla sapera to paliwo cząsteczkowe. Po rozproszeniu w powietrzu i zapaleniu, drobny pył mączny powoduje gwałtowne spalanie – eksplozję pyłu.

Nie chciałem zerwać dachu, ale chciałem błysku. Chciałem hałasu. Chciałem szoku i podziwu za niewielkie pieniądze.

Pracowałem szybko. Użyłem taśmy klejącej – srebrnej, mocnej, takiej, jaką można znaleźć w każdej amerykańskiej skrzynce z narzędziami – do sklejenia trzech rac drogowych. Zdjąłem zaślepki zabezpieczające. Zmontowałem prosty spust z linką, używając żyłki wędkarskiej o wysokim napięciu, którą znalazłem w pudełku z narzędziami dziadka. Umieściłem wiązkę rac w słoiku, szczelnie wypełniając ją mieszanką mąki i wiórków magnezowych, które zeskrobałem z rozpałki.

To było prymitywne. To było brzydkie. To był improwizowany granat hukowy, który przyprawiłby inspektora OSHA o zawał serca.

Ale to zadziała.

Umieściłem słoiki w strategicznych punktach: jeden przy tylnych drzwiach, jeden w korytarzu i dwa tuż przy wejściu głównym, przyklejone taśmą pod deskami podłogowymi, gdzie drewno spróchniało. Ukryte, ale gotowe do otwarcia za pomocą linki rozciągniętej przez próg.

Budowa pułapki ukończona. Czas: dwanaście minut.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama
Reklama

Yo Make również polubił

Sernik karmelowy: przepis na pyszny deser bez gotowania

Wskazówki: 1. Ciastka zmiksować, następnie dodać do kakao i roztopionego masła. 2. Tą mieszanką wyłóż dno tortownicy. 3. Przechowuj w ...

Są gotowe w piekarniku w zaledwie 13 minut, fantastyczne róże pustyni

Najpierw ubij masło, cukier, cukier waniliowy i jajka w dużej misce, aż będą puszyste. Następnie przesiać mąkę, wymieszać ją z ...

Zrób to w ten sposób ze swoim ciastem i zachwyć się wynikiem! Pyszny biszkopt pomarańczowy

Dodać łyżeczkę skórki pomarańczowej i szklankę soku pomarańczowego, wymieszać. Do ciasta dodać mąkę i dobrze wymieszać. Dodać łyżkę drożdży. Delikatnie ...

Wyśmiana przez własną rodzinę na imprezie z okazji ukończenia szkoły przez mojego brata – nazwana ignorantką i nicponiem. W samo południe, ni mniej, ni więcej…

Opowiedziałem im o lasach serwetek pani Green, o emerytowanej profesor historii, która trzymała swoje eseje w pudełku po butach, o ...

Leave a Comment